starsze publikowane

 


OFE - kto zyskuje, kto ponosi koszty 

Gazeta Prawna 22 lipca 2013

Obrońcy OFE starają się odwrócić uwagę opinii publicznej od podstawowego problemu: że istnienie OFE oznacza ogromne koszty dla finansów publicznych. Dlatego twierdzą, że oszczędności z tytułu ograniczenia udziału OFE w systemie emerytalnym mogą dać tylko doraźne korzyści dla finansów publicznych. Jeśli bowiem rośnie udział ZUS w składce, rosną także jego przyszłe zobowiązania emerytalne.

To prawda. Oszustwo polega jednak na tym, że pomija się, iż składka wpływająca do ZUS też będzie wyższa. Aby ocenić, czy w długim okresie udział OFE w systemie jest opłacalny dla finansów publicznych, trzeba przeprowadzić typowy rachunek efektywności, czyli policzyć wartość bieżącą dwóch strumieni pieniężnych: przyszłych wypłat emerytur i składek w ZUS. Taki rachunek pokazuje, że im większy udział OFE w systemie, tym gorzej dla finansów publicznych nie tylko na krótką, lecz także dowolnie długą metę. Obrońcy OFE świetnie wiedzą, że tak trzeba oceniać skutki finansowe OFE dla budżetu. Ich zarzut, że chodzi o „doraźne interesy budżetu”, jest więc świadomym kłamstwem używanym dla obrony własnych interesów.

Trudno bowiem poważnie traktować zapewnienia obrońców OFE, że troszczą się wyłącznie o interesy emerytów, o czym ma świadczyć to, że domagają się – głównie głosem Leszka Balcerowicza – zmian, m.in. ograniczających opłaty pobierane przez PTE. Wystarczy zauważyć, że teraz Leszek Balcerowicz co najmniej raz w tygodniu występuje w obronie OFE. Nie pamiętam jednak, by choć raz domagał się poprawy efektywności OFE przez 10 lat, zanim rząd zaczął myśleć o zmniejszeniu transferu do OFE. Póki publiczne pieniądze szerokim strumieniem płynęły do OFE, zbyt wysokie opłaty pobierane przez PTE mu nie przeszkadzały.

Można dyskutować o tym, czy dzięki OFE emerytury będą mniejsze, czy większe niż w wariancie z wyższym udziałem ZUS w składce. Każda prognoza rynkowych stóp zwrotu obarczona jest ryzykiem bardzo dużego błędu, ale historyczne wyniki OFE nie są pod tym względem zachęcające. Ci, którzy obietnicami wyższej emerytury bronią sensu istnienia OFE, przemilczają jednak inną istotną okoliczność, a mianowicie, że zdrowe finanse publiczne są warunkiem koniecznym bezpieczeństwa emerytur – zarówno wypłacanych przez ZUS, jak i przez OFE. Hasło dywersyfikacji ryzyka poprzez podział składek między dwa filary nie ma sensu: taki podział, zwiększając dług publiczny, tworzy dodatkowe ryzyko, a nie je dywersyfikuje. Gdyby nawet emerytury wypłacane z OFE były – w proporcji do składki – wyższe, to sytuacja ekonomiczna przyszłych emerytów zależy nie tylko od wysokości emerytury, lecz także wysokości podatków oraz darmowych świadczeń (np. zdrowotnych), jakie ci emeryci otrzymają od państwa. Im gorsza sytuacja finansów publicznych, tym relatywnie wyższe podatki lub niższe takie świadczenia.

Wszyscy jesteśmy podatnikami i wszyscy będziemy emerytami. W rachunku korzyści i strat finansów publicznych i emerytów wszyscy jesteśmy po obu stronach bilansu. Dlatego straszenie opinii publicznej twierdzeniem, że w celu załatania dziury budżetowej rząd chce zabrać ludziom ich oszczędności zgromadzone w OFE, jest podwójnym kłamstwem. Po pierwsze dlatego, że „obietnice polityków” w postaci obligacji skarbowych nie są bardziej oszczędnościami niż „obietnice polityków” w postaci zapisów na kontach w ZUS. Po drugie dlatego, że koszty równoważenia finansów publicznych, jeśli są w miarę równomiernie rozłożone na wszystkich podatników, nie są żadnym „skokiem rządu na kasę”, bo pieniądze w budżecie są też pieniędzmi wszystkich podatników.

Nie ulega jednak wątpliwości, że istnienie OFE jest bardzo korzystne nie tylko dla zarabiających na nich miliardy PTE, lecz także dla wszystkich związanych z rynkiem kapitałowym, a w szczególności dla spółek, których akcje kupują OFE. Wbrew opinii forsowanej przez organizacje biznesowe i współpracujących z nimi ekonomistów składki trafiające do OFE są tak samo na bieżąco wydawane jak w ZUS. Różnica polega na tym, że gdy trafiają do ZUS, służą do sfinansowania bieżących emerytur, dzięki czemu dług publiczny – czyli zobowiązania wszystkich obywateli – rośnie wolniej. Gdy zaś trafiają do OFE, a OFE kupują akcje prywatnych firm – wydają je te firmy, a zyskują na tym dotychczasowi właściciele tych akcji. Składka do OFE inwestowana na giełdzie jest więc specyficzną formą dotacji do firm giełdowych.

Składka do OFE jest specyficzną formą dotacji do firm giełdowych. A prawdziwy liberał nigdy nie dotowałby rynku kapitałowego

Sposób sfinansowania tej dotacji dopełnia obrazu, kto zyskuje, a kto traci na istnieniu OFE. Gdy spowodowana przez OFE luka w budżecie finansowana jest poprzez prywatyzację lub wzrost długu publicznego, mamy do czynienia z transferem od wszystkich podatników do posiadaczy akcji. Ale dochody z prywatyzacji już się kończą, a pozostawienie OFE w obecnym kształcie oznaczałoby, że koszty budżetu będą jeszcze kilkakrotnie większe niż dotychczas. Z kolei dalsze finansowanie kosztów OFE poprzez wzrost długu publicznego tworzy coraz większe ryzyko poważnego kryzysu finansów publicznych.

Dlatego zwolennicy OFE z Leszkiem Balcerowiczem na czele domagają się, by koszt istnienia OFE sfinansować, przeprowadzając prawdziwe reformy. Balcerowicz liczy na poparcie całej opinii publicznej, bo każdy przypuszcza, że prawdziwa reforma polega na tym, iż rząd coś komuś odbiera i daje jemu. Dlatego dla ludzi związanych z dużym biznesem planowane przez rząd zmiany w OFE to nie reforma, ale antyreforma. Dla nich prawdziwe są tylko takie reformy, które polegają na cięciu, jak to nazywają, wydatków antyrozwojowych (co w gruncie rzeczy oznacza: socjalnych). Walka w obronie OFE to walka o utrzymanie ukrytego w systemie emerytalnym potężnego, liczącego kilka miliardów złotych rocznie transferu pieniężnego do bogatych. Reforma emerytalna z 1999 r., obok wielu bardzo pożytecznych zmian (przede wszystkim wprowadzenia zasady zdefiniowanej składki), stworzyła taki transfer. Teraz zdaniem biznesu zamiast ograniczać ten transfer, trzeba ukryć jego negatywny wpływ na finanse publiczne, obcinając wydatki socjalne – i problem jego kosztów po prostu zniknie.

Tak sfinansowany transfer mógłby nawet poprawić tempo wzrostu gospodarczego na tej samej zasadzie, na jakiej wzrostowi gospodarczemu pomogłaby eutanazja wszystkich trwale niezdolnych do pracy. Dlatego argument, że gdyby rząd nie wydał pieniędzy na OFE, toby je przejadł, chcąc przypodobać się wyborcom, tylko na pierwszy rzut oka wydaje się przejawem nonkonformistycznej troski o dobro wspólne. W rzeczywistości jest wyjątkowo cyniczną manifestacją poglądu, że im ktoś jest bogatszy, tym więcej mu się od państwa należy.

A zwykłą bezczelnością jest określanie takich poglądów mianem liberalnych. Prawdziwy liberał, gdyby uzyskał jakieś oszczędności na wydatkach socjalnych, przeznaczyłby je na obniżkę długu publicznego lub podatków, a nie na dotacje do rynku kapitałowego. Bo dotacje, być może poza absolutnie wstępnym etapem tworzenia rynku, nigdy nie pomagają w jego rozwoju. Dotacje prawdziwy rynek niszczą.



Czeski błąd Balcerowicza 

Rzeczpospolita 12 czerwca 2012

Publiczna wymiana zdań między profesorem Balcerowiczem i ministrem Rostowskim dotycząca różnicy w rentowności polskich i czeskich obligacji, wywołała szereg komentarzy, w tym Witolda Gadomskiego, który skrytykował ministra Rostowskiego za prowadzenie „prywatnej wojny”.

Przypomnijmy, profesor Balcerowicz w programie Tomasza Lisa powiedział, że rynki finansowe na kolejne zawirowania w Grecji reagują w ten sposób, że w przypadku Polski żądają wyższych odsetek za zaciągane długi, a w przypadku Czech – niższych, co według niego świadczy o bardziej wiarygodnej polityce fiskalnej prowadzonej przez rząd w Pradze. Rostowski pokazał, po pierwsze, że w dłuższym (rocznym i dwuletnim) horyzoncie czasowym nie jest tak jak Balcerowicz twierdzi. Od początku kryzysu greckiego rentowności polskich obligacji spadły, a Balcerowicz ma rację jedynie w kilkutygodniowym horyzoncie czasowym. Wskazał też na powód dla którego Czechy mają niższy dług publiczny niż Polska – po prostu nie mają OFE.

Co z tymi OFE?

Uwaga Rostowskiego jest zasadnym i niejedynym argumentem podważającym sensowność traktowania Czech jako modelu dla Polski. Dokładniejsza analiza, którą zaraz przedstawię, pokazuje to dokładnie. Albo prof. Balcerowicz takiej analizy nie dokonał albo – wbrew górnolotnym deklaracjom – w jego krytyce chodzi o to, by rządowi „dowalić”, a nie zachęcić do „niezbędnych reform”. Gdyby Balcerowiczowi rzeczywiście chodziło o to, by Polska próbowała upodobnić się do Czech, oznaczałoby to, że o 180 stopni zmienił poglądy na temat tego, co jest dla gospodarki dobre, a co złe. Dlaczego?

Zacznijmy od OFE. Balcerowicz w ogóle nie odnosi się do faktu, że Czechy nie mają OFE. Wprawdzie chcą je stworzyć, ale na zasadzie dobrowolności. Czas pokaże, jaka część ubezpieczonych się zdecyduje. Przypominam tylko, że Balcerowicz zaciekle krytykował obniżenie składki w Polsce i postulaty wprowadzenia dobrowolności OFE.

Bezspornym faktem jest, że gdyby wszystkie składki, które trafiły do OFE pozostały w ZUS, polski dług publiczny byłby niższy od czeskiego. Balcerowicz powinien więc wyjaśnić, kiedy się mylił: wtedy, gdy chwaląc Czechy i wystawiając swój licznik długu uznał dług „jawny” za podstawowe kryterium stabilności finansów publicznych, czy wtedy, gdy twierdził, że utrzymanie wysokiej składki do OFE wzmacnia stabilność finansową Polski mimo, że zwiększa ten dług. Argument Witolda Gadomskiego, że politycy i tak by roztrwonili te pieniądze jest taką samą demagogią, jak tłumaczenie złodzieja, że gdyby nie on kogoś okradł, to zrobiłby to inny złodziej.

Spodziewam się, że Balcerowicz mógłby argumentować, że Czechy mają także niższy deficyt, a różnica ta jest większa niż składka, jaką w Polsce odprowadza się do OFE. Jeszcze w 2011 r. było to prawdą, ale w tym roku deficyty w obu krajach będą prawie identyczne, z tym, że niższy raczej w Polsce. Po wyeliminowaniu wpływu składki do OFE deficyt w Polsce okaże się o ok. 0,5 proc. PKB niższy.

Strategia walki z kryzysem

Poza tym, różnice w wysokości deficytu w Polsce i w Czechach w ostatnich trzech latach wynikały z innej strategii zarządzania kryzysem. Polska zdecydowała się podtrzymać wzrost znacznie silniejszym impulsem fiskalnym niż Czechy. Czy osłabiło to naszą stabilność w porównaniu z Czechami? W latach 2008-2011 polska gospodarka odnotowała skumulowany wzrost w wysokości 15,7 proc., Czechy tylko 2,6 proc. Dlatego podstawowy wskaźnik stabilności finansów publicznych, jakim jest relacja długu publicznego do PKB w Czechach wzrósł o 13,3 proc. PKB, natomiast w Polsce tylko o 11,3 proc. PKB. W 2012 roku polski dług w relacji do PKB obniży się o ok. 2,5 proc. PKB, czeski, zgodnie z czeskim programem konwergencji, wzrośnie o 2,8 proc. PKB. Więc co, jest zdaniem Balcerowicza lepsze dla gospodarki: wzrost długu publicznego, czy jego spadek? Proszę się zdecydować.

Aby zamknąć temat długu publicznego, chciałbym dodać, że na początku transformacji, dług publiczny Czech był praktycznie równy zeru. Jeszcze w 1999 r. wynosił 15,8 proc., podczas gdy Polski, która rozpoczynała transformację z wysokim zadłużeniem zagranicznym, 39,6 proc. Uwzględniając opublikowane przez KE prognozy długu publicznego w 2012 r. w latach 2000-2012 czeski dług, mimo braku w tym kraju OFE, wzrośnie o 28,1 proc. PKB. Polski, z OFE, o 15,4 proc. PKB (bez OFE spadnie o 2 proc. PKB!).

Więc może inne zmiany w finansach publicznych uzasadniają sympatię Balcerowicza dla Czech? Ostatnio bardzo krytykował rząd za zbyt opieszałe podnoszenie wieku emerytalnego. Czesi faktycznie zaczęli podnosić wiek emerytalny nieco wcześniej niż my. Tyle, że startowali z niższego poziomu. Dziś czescy mężczyźni przechodzą na emeryturę w wieku 62,5, a kobiety 55-60, w zależności od liczby dzieci (propozycję PSL, by u nas także uwzględniać liczbę dzieci, Balcerowicz oczywiście skrytykował). W Polsce 67 lat dla mężczyzn będzie obowiązywać już w 2020 r. dla kobiet w 2040. W Czechach ten poziom dla obu płci zostanie osiągnięty w 2044. Więc jak? Mamy przyspieszać, czy opóźniać?

Balcerowicz wytykał też rządowi podnoszenie podatków. Ale udział dochodów publicznych w PKB w Polsce też jest nieco niższy niż w Czechach. Ważne jest też, co się opodatkowuje. Wysokie opodatkowanie pracy ma wpływ na wielkość zatrudnienia, a to z kolei – jak przekonuje Balcerowicz – ma pierwszorzędne znaczenie dla rozwoju kraju. Eurostat publikuje dane o wysokości tzw. klina płacowego. W Polsce w 2010 r. wynosił on 30,1 proc, a wzrost składki rentowej podniósł go o kolejne 2 punkty procentowe. Ale do Czech jeszcze nam daleko, bo tam klin płacowy wynosi 39 proc.

Na koniec główna „pasja” Balcerowicza – wydatki publiczne. Ich cięcia podniosą naszą wiarygodność w oczach inwestorów. Ale to nie jest tak proste, jak sugeruje Balcerowicz, w szczególności, gdy stawia nam Czechy za wzór. Bo w Polsce udział wydatków publicznych w PKB w 2011 r. był praktycznie taki sam, jak w Czechach. U nich było to 43,4 proc., u nas 43,6 proc. Z tym, że w Polsce aż 5,8 proc. PKB stanowiły inwestycje publiczne, a w Czechach tylko 3,6 proc., a podobno wydatki prorozwojowe są ważniejsze. Zgodnie z planami konwergencji, całość wydatków publicznych w Polsce spadnie w 2013 r. do 41 proc. PKB. W Czechach tylko do 43,1 proc. PKB.

Profesor Balcerowicz pomija inne czynniki powodujące różnicę w rentownościach polskich i czeskich obligacji. Przypadek wysokiej oceny przez rynki finansowe stabilności finansowej Czech jest sam w sobie bardzo ciekawy. Odzwierciedla przede wszystkim wiarę rynków finansowych w potencjał krajów tzw. Nowej Europy. To cieszy, bo dotyczy także Polski, choć trzeba pamiętać, że wbrew wierze Balcerowicza, rynki nie są nieomylne – w przeciwnym razie nie mielibyśmy teraz kryzysu, a 10 lat temu Węgry nie byłyby uważane za prymusa transformacji. Poza tym, wyceny obligacji nie są równoważne z pełną oceną jakości polityki gospodarczej. Inwestorów nie interesuje, czy Polakom i Czechom będzie się za dziesięć lat żyło lepiej, czy gorzej, ale jakie jest ryzyko, że mogą mieć problemy ze spłatą swoich długów. Ryzyko Czech oceniane jest jako niższe, bo są od nas bogatsze i mniej uzależnione od finansowania zagranicznego. Mają też wyższe stopy oszczędności, ale z drugiej strony wolniej się rozwijają. Wyższy wzrost gospodarczy pociąga za sobą wyższe zapotrzebowanie na kapitał i większą presję inflacyjną. To oznacza wyższe stopy procentowe – także stopy banku centralnego, które mają wpływ na oprocentowanie obligacji. Balcerowicz krytykuje RPP za zbyt niskie stopy procentowe, ale przemilcza fakt, że w Czechach od lat realne stopy procentowe są ujemne, co wpływa korzystnie na oprocentowanie czeskich obligacji.

Czarny PR

Profesor Balcerowicz pomija te kwestie, bo usiłuje „zmobilizować rząd do reform”. A skoro nie znalazł dobrych argumentów, to postanowił posłużyć się czymkolwiek, co na pierwszy rzut oka brzmi przekonująco. Miał pecha, że trafił akurat na Czechy, które w znacznie większym stopniu niż Polska mogłyby być krytykowane z pozycji wyznawanej przez Balcerowicza wersji liberalizmu. Typowy czeski błąd.

To nie pierwsza i nie najpoważniejsza, wpadka. Na początku kryzysu profesor Balcerowicz zalecał Polsce ostre cięcia wydatków budżetowych. Taką receptę zmuszone były zastosować odcięte od zagranicznego finansowania kraje bałtyckie. I zapłaciły za to kilkunastoprocentowym załamaniem gospodarczym, podczas gdy „nieodpowiedzialna” polityka Polski pozwoliła zachować dodatnie tempo wzrostu. Wtedy uderzył po raz drugi wieszcząc, że wysokie deficyty budżetowe w latach kryzysu spowodują, że Polska znajdzie się w takiej samej sytuacji jak Grecja i sugerował, że rządowe plany konsolidacji fiskalnej to zwykłe oszustwo. Okazało się, że wynik deficytu w 2011 r. jest lepszy niż obiecywał rząd, a wszystkie poważne instytucje międzynarodowe przewidują, że sytuacja ulegnie dalszej poprawie. Jednak żaden z wieszczących katastrofę nadwiślańskich ekspertów i komentatorów nie zdobył się na jakikolwiek komentarz do swojej pomyłki. Czemu na to nie zwracają uwagi ci wszyscy, którzy teraz komentują, że cała ta kłótnia to efekt osobistych animozji obu panów, które niefortunnie wywlekli na światło dzienne?

Profesor Balcerowicz mówi, że jego krytyka rządu służy mobilizacji do ambitnych działań. Ale czy to daje licencję na nierzetelne i tendencyjne przedstawianie polityki rządu? W cywilizowanych krajach uprawianie czarnego PR-u wobec rządu to domena partii opozycyjnych. Ale w sytuacjach wielkiego zagrożenia, nawet one z reguły demonstrują umiar w komentarzach, a nie pogłębiający panikę defetyzm. Tym bardziej niezaangażowani w bieżącą politykę byli ministrowie czy wicepremierzy. Ich głos słuchany jest ze szczególną uwagą i wszyscy oczekują, że z racji pozycji, jaką mają w społeczeństwie, będą raczej prezentować wyważone, „propaństwowe” opinie. Jeśli wcielają się w rolę Kasandry, to tylko wtedy, gdy są absolutnie pewni, że ich krytyka jest w pełni uzasadniona.

Dla wielu zagranicznych inwestorów Polska to egzotyczny kraj. Gdy słyszą tak niepochlebne opinie o Polsce ze strony osób uznawanych przez Polaków za najwybitniejszych ekspertów, to albo im wierzą, albo zaczynają rozumieć, co oznacza określenie „polskie piekło”. I to są te dodatkowe czynniki ryzyka, za które zagraniczni inwestorzy żądają dodatkowej premii w oprocentowaniu polskich obligacji.


 

Fałszywa przezorność

Gazeta Wyborcza, 30 stycznia 2011

Większość dziennikarzy i ekspertów ekonomicznych zarzuca rządowi, że w imię doraźnych interesów politycznych forsuje zmiany w systemie emerytalnym mogące w przyszłosci doprowadzić do ruiny naszą gospodarke. To ostrzeżenie opiera się jednak na zupełnie fałszywych przesłankach. W rzeczywistości propozycja rządowa znacznie redukuje budżetowe koszty systemu emerytalnego, zachowując jednoczesnie te rozwiazania reformy, które przesądzają o równowadze systemu w długim okresie. Tym samym też zwiększa bezpieczeństwo emerytur. Podejrzewam, że wielu krytyków tych zmian w ogóle nie rozumie problemów stwarzanych przez obecny system, a imperatyw zwalczania rządowych zakusów na składkę OFE wywodzi z przekonania, że motywem wprowadzenia zmian do OFE nie była troska o emerytów, tylko chęć uniknięcia niepopularnych cięć wydatków budżetowych w sytuacji zbliżania się długu publicznego do poziomu 55% PKB.

Może to trochę kompromitujące, że negatywne skutki wprowadzenia OFE do naszego systemu emerytalnego dostrzegane są dopiero teraz. Dotyczy to także piszącego te słowa, jako że uczestniczyłem w opracowywaniu założeń reformy emerytalnej. Ale lepiej zauważyć błąd późno, niż wcale, bo koszty utrzymania obecnego systemu byłyby kilkakrotnie większe niż już poniesione.

Obrońcy obecnego systemu (dalej określani skrótem OSY) niczego zauważyć nie chcą. Mają poczucie misji każące bronić udziału OFE w składkach do ostatniej kropli krwi i do… ostatniej bzdury, którą daje się wcisnąć zdezorientowanej publiczności.

Pierwsza bzdura

Indywidualne rachunki w OFE to „prawdziwe pieniądze”, natomiast ich rachunki w ZUS to „pieniądze wirtualne”, „fikcja”, „czarna dziura” itp. Faktycznie, w ZUS nie ma sejfów z naszymi pieniędzmi, są tylko dokumenty zobowiązujące ZUS do wypłaty nam emerytur ze składek, jakie będą do ZUS wpłacać przyszli pracujący. Jednak w OFE też nie ma sejfów z pieniędzmi. Są tylko dokumenty – akcje, obligacje, potwierdzenia wpłat na rachunki bankowe. Ale to też tylko zobowiązania.

Najbardziej wątpliwy jest status naszych pieniędzy zainwestowanych w akcje. W przypadku ZUS, obligacji i rachunków bankowych wiadomo kto, kiedy i ile pieniędzy ma nam wypłacić. W przypadku akcji nie wiadomo ani kto, ani ile pieniędzy nam zapłaci. Wszystko zależy od bieżącej sytuacji na giełdzie. Nie można nawet wykluczyć, że w ogóle nikt nie będzie chciał ich kupić. I to właśnie są zdaniem OSY te „prawdziwe pieniądze”.

Bankructwa prywatnych firm zdarzają się znacznie częściej niż bankructwa państw. Dlatego międzynarodowi inwestorzy oceniają, że pieniądze pożyczone rządowi są bardziej bezpieczne niż pożyczone firmom prywatnym, nie mówiąc o tych, które zainwestowali w akcje. Natomiast OSY uważają, że pieniądze są tym bardziej prawdziwe, im bardziej ryzykowna jest inwestycja, w którą je ulokowali.

Druga bzdura

Przekazując pieniądze do OFE ulżymy naszym dzieciom, które nie będą musiały finansować naszych emerytur. Prawda jest jednak taka, że w porównaniu z I filarem, w którym my płacimy za emerytury naszych rodziców, nasze dzieci za nasze emerytury, nasze wnuki za nasze dzieci itd., na utworzeniu OFE zyskają nie nasze dzieci, ale jedynie… ostanie pokolenie w dziejach ludzkości, za które w systemie opartym na solidarności międzypokoleniowej nie miałby kto zapłacić.OSY wykorzystują fakt, że taki system kłóci się z potoczną intuicją, że każdy musi płacić za siebie. Tam gdzie pośrednikiem wzajemnych rozliczeń jest państwo, liczy się jednak tylko ile płacimy, i ile dostajemy w zamian, a nie kto za kogo płaci.

Trzecia bzdura

Na wypadek gdyby ludzie zorientowali się, że ich wysiłek podwójnego płacenia (za rodziców i za siebie przez całe pokolenie) nie zmniejszy kosztów finansowania emerytur przez następne pokolenia, OSY argumentują, że redukcja udziału OFE w składce to skok na naszą kasę. Rząd zamiast sam płacić emerytom, zabiera na ten cel nasze pieniądze. Liczą na to że ludzie nie zrozumieją że państwo „samo” za nic nie jest w stanie płacić – zawsze płaci naszymi pieniędzmi. Dlatego też koszty budżetu to także nasze koszty. Czy są to nasze składki czy nasze podatki, to sprawa drugorzędna. Państwo może także płacić jedne zobowiązania zaciągając inne – czyli zwiększając dług publiczny. Ale wyższy dług obciąża przyszłe pokolenia, a manewr z OFE miał podobno im ulżyć, a nie dodatkowo ich obciążyć!

Czwarta bzdura

Nawet gdy OSY są zmuszeni przyznać, że OFE zwiększają dług publiczny emitowany na rynkach finansowych, to twierdzą, że nie jest to żaden koszt, bo nie jest to nowy dług, tylko dług, który w ZUS istnieje w formie ukrytej.

Rzeczywiście w systemie, jaki obecnie funkcjonuje w obu filarach ubezpieczeń emerytalnych wysokość przyszłej emerytury („dług wobec emerytów”) zależy wprost od wartości zgromadzonych składek. OSY wprowadzają jednak w błąd twierdząc, że forma długu nie ma znaczenia. Ma ogromne i wynika z ryzyka utraty płynności. Na dług rynkowy państwa składają się obligacje o terminach wykupu średnio 3-4 lata. Państwo musi nie tylko emitować obligacje na sfinansowanie bieżącego deficytu, ale także na wykupienie wcześniej wyemitowanych obligacji (tzw. rolowanie długu). To oznacza, że co roku ministerstwo finansów musi znaleźć nabywców obligacji o wartości 25%-30% całego długu publicznego. Nikt nie ma obowiązku kupowania tych obligacji. W sytuacji paniki na rynkach finansowych oprocentowanie obligacji gwarantujące ich sprzedaż może być bardzo wysokie, a czasem po prostu można w ogóle nie znaleźć nabywców i kraj musi wtedy ogłosić niewypłacalność.

W przypadku długu wobec emerytur sytuacja jest znacznie bardziej bezpieczna. Złotówkę otrzymanej składki ZUS musi zwrócić w formie emerytury średnio po około 20 latach. To znaczy, że tylko około 5% długu wobec emerytów, musi być corocznie „rolowane” (w przypadku ZUS „rolowanie” polega na pobieraniu składek i wypłacaniu emerytur należnych w danym roku). Co więcej, składka emerytalna jest obowiązkowa. Jak wielka jest to różnica, świadczy fakt, że dług rynkowy przekraczający 100% PKB uważa się za wielkie zagrożenie dla finansów publicznych, za w miarę bezpieczny, dług poniżej 60% PKB. Natomiast dług wobec emerytów wynosi w krajach europejskich 200%-300% PKB, i dotyczy to także krajów uznawanych za najbardziej stabilne, takich, jak na przykład Niemcy!

Zgodnie z obecną proporcją podziału składki miedzy ZUS i OFE docelowo ujawnione by zostało prawie 40% tego długu, czyli około 100% PKB. Nikogo nie obchodzi, jaka cześć naszego długu rynkowego powstała na skutek ujawnienia długu wobec emerytur – ani inwestorów rynkowych, ani agencji ratingowych, ani Komisji Europejskiej, ani naszych krajowych krytyków rządowej polityki budżetowej, Zainstalowany w centrum Warszawy przez profesora Balcerowicza licznik naszego długu publicznego także tego nie pokazuje!

Dlatego taki pomysł, to szaleństwo, które w najlepszym razie spowodowałoby znaczny wzrost kosztów obsługi długu publicznego, a w najgorszym – doprowadziłoby do niewypłacalności polskiego państwa.

Piąta bzdura

W odpowiedzi na te zarzuty OSY utrzymują, że środki na reformę emerytalną powinny być uzyskiwanie nie poprzez zwiększanie długu publicznego, ale przez oszczędności budżetowe. Koszty reformy mogłyby być niższe, gdyby nie to, że nie została ona dokończona, a ponadto rząd nie przeprowadził reformy finansów publicznych, która dałaby dodatkowe oszczędności.

Jest to manipulacja, oparta na zacieraniu różnicy między kosztami i źródłem ich sfinansowania. Całkowity koszt reformy emerytalnej w obecnym kształcie, to 100% PKB, niezależnie od tego, czy zostanie sfinansowany przez oszczędności w innych wydatkach, wzrost długu publicznego, podwyżkę podatków, czy składek ubezpieczeniowych.

Do spadku kosztów budżetowych związanych z systemem emerytalnym doprowadzi tylko wprowadzona przez reformę zasada, że zarówno w ZUS, jak i w OFE każdy ma indywidualne konto, a wysokość emerytury zależy w obu przypadkach wyłącznie od wielkości zgromadzonego kapitału. Natomiast im większy jest udział OFE w podziale składki, tym wyższe koszty budżetu i to nie tylko obecnie, ale i w przyszłości.

Przeprowadzenie reformyfinansów publicznych, ani nie jest argumentem za, ani przeciw, utrzymaniu, zmniejszeniu, czy całkowitej likwidacji udziału OFE w składce ubezpieczeniowej - bo istnienie OFE w żaden sposób nie ułatwia ani nie utrudnia przeprowadzenia reformy finansów publicznych. Podobnie jest z dokończeniem reformy emerytalnej. Reformą tą z pewnością należy objąć te grupy zawodowe, które nadal funkcjonują w starym systemie (służby mundurowe, rolnicy), bo to zmniejszy koszty systemu emerytalnego, ale uzyskanie tych oszczędności samo w sobie nie uzasadnia ponoszenia kosztów istnienia OFE.

Szósta bzdura

OSY twierdzą jednak, że inwestycje OFE zwiekszają stopę oszczędności w skali całej gospodarki i tym samym przyczyniają się do szybszego wzrostu gospodarczego. Myli się tu oszczędności z inwestycjami. Inwestycje to wydatek finansowany z oszczedności, a nie tworzący oszczędności. Gdyby samo istnienie OFE zmniejszało jakieś wydatki, wtedy możnaby mówić, że OFE zwiększają oszczędności. Ale tak nie jest, więc i wzrost gospodarczy z tego tytułu się nie zwiększa.

Obietnica bez pokrycia.

Do czego wiec w ogóle potrzebne są OFE? OSY mają w odpowiedzi swój koronny argument: dzięki OFE nasze emerytury będą wyższe. Na poparcie tej tezy OSY robią symulacje, w których z dokładnością do złotówki wyliczają, ile za kilkadziesiąt lat wyniesie emerytura wypłacana przez OFE. To skuteczna taktyka, bo słowo symulacja budzi respekt u czytelników, którzy nie zdają sobie sprawy, że wszystkie te obliczenia opierają się na arbitralnych założeniach, co do stopy zwrotu z inwestycji OFE na giełdzie. Cóż z tego, że w przeszłości stopy te cżęsto były wyższe niż oczekiwana stopa waloryzacji składek w ZUS? Często, nie oznacza - zawsze. Są kraje, w których po okresie długotrwałego szybkiego wzrostu cen na giełdzie, ceny spadały i przez kilkanaście lat utrzymywały się na niskim poziomie. Nie ma gwarancji, że i nam się to nie przydarzy.

System emerytalny, w którym wszyscy aktywni zawodowo obywatele są zmuszeni do inwestowania znacznej części swoich dochodów na giełdzie to eksperyment na skalę globalną. Żadne dane z przeszłości nie mogą wiec być pomocne w odpowiedzi na pytanie, jak to wpłynie w długim okresie na naszą giełdę.

OSY świetnie o tym wiedzą. Mają mnóstwo pomysłów na zwiekszenie korzyści z oszczedzania w OFE, ale nigdy nie postulowali by system emerytalny narzucał OFE obowiązek udzielenia gwarancji, że uzyskania przez nie stopa zwrotu będzie większa niż w ZUS. A byłby to przecież argument na rzecz OFE bez porównania silniejszy, niż wszystkie głupstwa wygadywane w ich obronie.

Trzeba tańczyć póki gra orkiestra

Co więcej, logika podpowiada jednak, że wprowadzenie OFE do systemu emerytalnego może najpierw wywołać sztuczny boom na giełdzie, a po kilkudziesięciu latach silny spadek cen. Przez pierwsze kilkanaście lat funkcjonowania reformy OFE – jeśli nie obniży się ich udziału w składce – będą bowiem coraz więcej pieniędzy inwestowały na giełdzie (wzrost płac i obejmowanie reformą coraz większej części pracujących), ale prawie w ogóle nie będą wypłacały emerytur. Netto napływ pieniędzy z OFE będzie stale rósł, a już obecnie są one największym inwestorem giełdowym. Z czasem wypłaty emerytur przez OFE będą systematycznie rosły. Napływ netto pieniędzy OFE na giełdę zacznie stopniowo maleć. Zasady waloryzacji składek w ZUS zostały tak zaprojektowane, że docelowo wypłaty emerytur będą równe wpłacanym na bieżąco składkom. Jeśli więc stopa zwrotu ze składek przekazywanych OFE byłaby wyższa niż stopa waloryzacji w ZUS, to docelowo wypłaty emerytur z OFE byłyby wyższe niż wpłacane do OFE składki. To oznacza, że od pewnego momentu ten największy inwestor na naszej giełdzie więcej pieniędzy wycofywałby z giełdy, niż w nią inwestował. Bąbel spekulacyjny zostałby przekłuty. Im więcej OFE zarobią na giełdzie w pierwszych kilkunastu latach działalności, z tym większym hukiem balon pęknie.

Na razie jednak OFE nakręca koniunkturę giełdową, więc korzystajmy z tego póki czas. Jak powiedział były prezes Citibanku, tłumacząc, dlaczego zezwolił na inwestycje w toksyczne aktywa, które przyniosły jego bankowi gigantyczne straty: „trzeba tańczyć póki gra orkiestra”. Dlaczego my mielibyśmy być gorsi? Więc tańczą: znani ekonomiści, analitycy giełdowi, przedstawiciele organizacji biznesowych i dziennikarze działów ekonomicznych. Ręce precz od OFE, no pasaran!. 


 

Przeciwko wrogom wolności

Jacek Rostowski współautor, Rzeczpospolita  3 luty 2006

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Anglii liberałowie byli pośmiewiskiem politycznym. I to nie tylko dlatego, że Partia Liberalna miała wówczas jedynie pięciu posłów – Churchill ironizował, że zmieściliby się łatwo do jednej taksówki. Liberałowie byli pośmiewiskiem głównie dlatego, że byli spostrzegani jako poczciwi ludzie, wierzący w demokracje, tolerancję i wolność, ale zupełnie niepraktyczni, a w dodatku nie mogący dokonać wyboru pomiędzy socjalizmem a konserwatyzmem, dwoma wielkimi kierunkami politycznymi Wielkiej Brytanii. Dziś Partia Liberalna ma 62 posłów w Izbie Gmin, ale dalej jest w dużej mierze pośmiewiskiem i to z tych samych powodów.

Inni przeciwnicy liberalizmu traktują go już znacznie poważniej. Partia Republikańska w Stanach Zjednoczonych od kilku dziesięcioleci definiuje się jako antyliberalna, a Prezydent Chirac w 2005 r. określił liberalizm jako zagrożenie ideologiczne, które dla XXI wieku, jest równie groźne, jaki komunizm dla XX. W Polsce od początku transformacji liberalizm jest wściekle atakowany i z lewa, i z prawa. Obecnie już nie tylko przez Radio Maryja oraz Samoobronę, ale i liderów Pis, każących Polakom wybierać pomiędzy Polska solidarną a Polską liberalną. Znany socjolog Prof. Zdzisław Krasnodębski poświęcił całą książkę na wyklęcie liberalizmu (szczególnie „peryferyjnego”).

Co więcej, często krytycy sami stają się obiektem napaści innych krytyków - za hołdowanie liberalizmowi właśnie. (Na przykład SLD ze strony prawicy, PiS Samoobrony). Tak więc liberalizm stopniowo staje się w Polsce polityczną inwektywą równie ciężką jak zdrada, czy korupcja i bez porównania poważniejszą niż nieudolność.

Różne oblicza liberalizmu

Cóż to za ideologia, która może zjednoczyć przeciwko sobie Ojca Rydzyka z zażartym obrońcą państwa laickiego Prezydentem Chirac’iem i - adwersarzem tego ostatniego w sporze wokół wojny w Iraku - Prezydentem Bushem?

Wytłumaczenie paradoksalnych (i pozornych) sojuszów antyliberalnych na świecie bierze się oczywiście z tego, że słowo liberalizm znaczy zupełnie coś innego w Ameryce i Francji. We Francji słowo „liberalizm” oznacza poparcie dla wolnego rynku, chęć ograniczenia wydatków socjalnych oraz otwarcia Francji i Europy na handel i inwestycje zagraniczne. W Stanach, liberalizm to przede wszystkim doktryna obyczajowa, popierająca prawa kobiet, mniejszości etnicznych i seksualnych, często kosztem tradycyjnych wolności gospodarczych (np. amerykańscy „liberałowie” popierają wydatki socjalne, które pomagają tzw. „samotnym matkom”). Słowem, amerykański „liberalizm” to po prostu dawna europejska „postępowość”, czyli nieco rozmydlona wersja socjalizmu lub socjaldemokracji.

Takich oczywistych faktów nie warto by wspominać, gdyby nie to, że w Polsce liberalizm przedstawiany jest przez Prezydenta Kaczyńskiego, Ojca Rydzyka lub Marszałka Leppera jako łączący obie ww. charakterystyki. Jest on zarazem utożsamiany z postępowym „libertynizmem” zwalczającym tradycyjną moralność jak i z ideologiczną podstawą bezdusznego kapitalizmu, któremu się zarzuca, że dąży do wzbogacenia bogatych kosztem biednych. Co więcej, liberalizm jest także spostrzegany jako antynarodowy – popiera „wyprzedaż” polskiego „majątku narodowego” cudzemu kapitałowi i podporządkowanie polityczne Polski Unii Europejskiej.

Historycznie liberalizm, tak jak wszystkie wielkie europejskie ruchy polityczne (socjalizm, chrześcijańska demokracja, konserwatyzm lub nacjonalizm), ma na tyle bogatą historię, że można wskazać na okresy i kraje, w których partie liberalne łączyły poparcie dla wolnego rynku i dla „postępowości” obyczajowej. Nasuwa się przykład Włoch, po zjednoczeniu tego kraju, lub Francji w tym samym okresie. Były także przypadki, kiedy liberałów cechowało poparcie dla wolnego rynku i niechęć dla nacjonalizmu, ale za to byli bardziej rygorystyczni w kwestiach obyczajowych, aniżeli ich bardziej „prawicowi” rywale (np. Wielka Brytania w drugiej połowie XIX wieku). W innych epokach, to właśnie liberałowie byli najbardziej nacjonalistycznym ugrupowaniem (np. we Włoszech w okresie przed zjednoczeniem, kiedy to katolicka prawica broniąca Państwa Papieskiego była „antynarodowa”).

W Polsce wszystkie trzy odmiany liberalizmu znajdują swoich zwolenników i to w różnych kombinacjach. Obok mających nadal marginalne znaczenie młodych anarchistów - którzy wolność obyczajową łączą z wrogim stosunkiem zarówno do nacjonalizmu, jak i wolnego rynku - istnieją obyczajowo postępowi antynacjonaliści, którzy akceptują kapitalizm jako „niefortunną konieczność” (od czasu kiedy socjalizm okazał się mało praktyczny), którzy jednak chętnie widzą różnego rodzaju ingerencje państwa w społeczeństwie i gospodarce, szczególnie po to, by osiągnąć cele socjalne (ich główną polityczną reprezentacją jest SdPl Marka Borowskiego). Istnieją także obyczajowo postępowi antynacjonaliści, którzy autentycznie wierzą w skuteczność kapitalizmu (Demokraci.pl) i konserwatywni liberałowie, czyli zwolennicy wolności ekonomicznej, którzy nie są ani obyczajowo „postępowi” ani „antynacjonalistycznie” nastawieni, choć także nie są „nacjonalistami” (przynajmniej część zaplecza politycznego Platformy Obywatelskiej).

Sfera prywatna kontra sfera publiczna

To, co jest kluczowe dla zrozumienia liberalizmu i odróżnienia go od innych ideologii wykorzystujących pozytywne konotacje pojęcia wolności, to rozróżnienie między sferą prywatną i sferą publiczną. Sfera prywatna to działania jednostki lub grupy osób podejmowane z własnej woli lub dobrowolnego porozumienia, które nie mają wpływu na sferę prywatną ludzi spoza danej sfery prywatnej. Sfera publiczna to działania, których konsekwencje wykraczają poza sferę prywatną jej aktorów i jako takie mogą prowadzić do konfliktu interesów jednostek lub ich grup. Jeden z klasycznych cytatów liberalizmu to powiedzenie francuskiego mnicha Rabelaisa, piszącego w XVI wieku: „rób co chcesz, póki nie szkodzisz innym”. To stwierdzenie w odniesieniu do sfery prywatnej oznacza po prostu rób co chcesz. Więc liberał bynajmniej nie musi być wyznawcą jakiegokolwiek z góry ustalonego systemu wartości – na przykład być katolikiem ani nawet wierzącym - ale oczywiście może nim być. Wynika to z pierwszej części przysłania Rabelaisa „rób co chcesz”, a co człowiek chce, będzie zależało od jego wiary, lub braku takiej.

Ale w odniesieniu do sfery publicznej oznacza, że dopuszczalne jest to, co „nie szkodzi innym”. Dlatego rozstrzygnięcie, co jest dopuszczalne w sferze publicznej wymaga odwołania się do jakiegoś systemu wartości, który wyznacza hierarchię praw różnych osób, w sytuacji konfliktu ich preferencji „robienia, co chcemy”. Konsekwentny liberalizm przeciwstawia się tym konserwatystom, którzy chcieliby ingerować w sferę prywatną obywateli w imię „obrony fundamentalnych wartości”. Jednak równie krytycznie odnosi się do tych koncepcji lewicowych, które w imię wolności protestują przeciwko wprowadzaniu różnych ograniczeń wolności w sferze publicznej, gdyż takie przejawy „wolności” z definicji ograniczają wolność innych i dlatego muszą być oceniane z punktu widzenia jakiegoś systemu norm społecznych. Tak więc stosunek homoseksualny pomiędzy dorosłymi musi być uważany za ich prywatną sprawę w państwie liberalnym. Jednak, obiawianie takich uczuć publicznie może (choć nie musi) być uważane za gwałcenie praw innych właśnie w sferze publicznej i wobec tego może być zabronione.

Negowanie ograniczeń jakie na wolność nakłada sfera publiczna jest więc w istocie próbą wprowadzenia do sfery publicznej pewnych norm „tylnymi drzwiami” bez konieczności osiągnięcia konsensusu społecznego w tej sprawie – co zresztą nie przeszkadza obrońcom tak rozumianej wolności wyrażać najwyższego oburzenia gdy dochodzi do ingerencji w sferę publiczną „z innych pozycji” (np. „libertyńskie” ekscesy obyczajowe kontra „faszystowskie” ekscesy nacjonalistyczne).

Raz dopuszczając możliwość ograniczenia cudzej wolności (w sferze publicznej) w imię hierarchii wartości, nie można już uniknąć myślenia w kategoriach optymalizacji kosztów i korzyści, które leżą u podstaw akceptacji danego ustroju państwa – a to prowadzi do pragmatycznych rozważań na temat „całościowej” efektywności danego systemu. Ta natomiast wyznacza nową hierarchię wartości, bowiem preferowanie pewnych wartości na dłuższą metę sprzyja lub szkodzi realizacji innych.

Dlatego postulowanie różnych systemów wartości w sferze publicznej może prowadzić do różnych „wariantów” liberalizmu – zależnie od tego, jak w tej hierarchii plasują się względem siebie prawo własności, rodzina, swoboda seksualna, wolność sumienia, wolność słowa, demokratyczne prawa i wolności polityczne itd.

Dyskretny urok konserwatyzmu

Liberalizm konserwatywny łączy zasadę liberalną pełnej wolności w sferze prywatnej z konserwatywnym podejściem do regulowania sfery publicznej. Jednak różnica pomiędzy liberalizmem „konserwatywnym” i „postępowym” polega nie tylko na różnym rozumieniu natury ludzkiej, lecz także na bardziej konsekwentnym uwzględnianiu przez liberalizm konserwatywny wymiaru pragmatycznego. Te różnice są chyba najbardziej widoczne w podejściu do rodziny.

Dla „postępowców” rodzina nie jest żadnym dobrem. Dla bardziej skrajnych jest niepotrzebnym „przeżytkiem” przeszłości, a nawet źródłem różnych dominacji: mężczyzn nad kobietami, hetero nad homoseksualistami, dorosłych nad dziećmi. Dla „konserwatywnych liberałów” człowiek naturalnie żyje w rodzinie, kocha swoich rodziców i swoje dzieci. Te fakty muszą być brane pod uwagę przez państwo, szczególnie przy stanowieniu polityki społecznej. Między innymi wyznaczają one granice dopuszczalnej interwencji państwa w wielu dziedzinach.

Na przykład, z punktu widzenia zapewnienia równości szans wszystkim obywatelom, można by argumentować za bardzo wysokim podatkiem od spadków (lub nawet za konfiskatą całości spadków przez państwo). Konsekwentny „postępowiec” powinien popierać wysoki podatek od spadku, aby dzieci biednych miały takie same szanse w życiu jak dzieci bogaczy. Konserwatywni liberałowie są jednak świadomi, iż jeden z głównych bodźców ekonomicznych dla większości ludzi, to chęć poprawienia sytuacji materialnej swoich dzieci. Trudno więc wyobrażać sobie podatek, który by bardziej uderzał w podstawy motywacyjne postępu gospodarczego aniżeli podatek od spadku. Dla liberałów konserwatywnych to, co jest dobre dla rodziny, jest dobre dla gospodarki - z prostej przyczyny, że ludzie kochają swoje dzieci, a nie jest zadaniem państwa walczyć z naturą ludzką.

Tak więc, w odróżnieniu od postępowych, konserwatywni liberałowie mają wizję społeczeństwa, którą można nazwać „wielopokoleniową”. Jednostka jest nadal zasadniczym elementem społeczeństwa i to prawa jednostki muszą być przede wszystkim chronione przez liberalne państwo. Jednak uczucia rodzinne są faktem społecznym, które państwo także musi szanować. Na tym przykładzie widzimy jak konserwatywny liberał, wychodząc od przesłanek liberalnych (szacunek dla jednostki i jej preferencji) dochodzi do wniosków konserwatywnych (rodzina jako dobro społeczne), które prowadzą do liberalnych instrumentów polityki społecznej (niski podatek od spadków).

Ten przykład pokazuje, że z punktu widzenia pragmatycznego wartości liberalne nabierają nowego znaczenia. Dziś tylko kompletni ignoranci ekonomiczni lekceważą znaczenie wolności gospodarczej i praw własności dla rozwoju gospodarczego, który z kolei jest warunkiem realizacji nie tylko libertyńskiego prawa do „twórczego rozwoju jednostki” czy „praw socjalnych”, ale także takich tradycyjnych wartości jak narodowa niepodległość – bo przecież we współczesnym świecie to siła ekonomiczna decyduje o sile militarnej. Coraz powszechniejsze jest też wśród ekonomistów przekonanie, że demokracja i rozwój społeczeństwa obywatelskiego są niezbędne do sprawnego funkcjonowania instytucji rynkowych.

Ale trzeba powtórzyć, że wolność to nie tylko pragmatyczny postulat pozwalający sensownie zorganizować społeczeństwo. To wartość fundamentalna, także dla katolicyzmu. Katolicyzm traktuje wolność osoby ludzkiej – i wynikającą z niej odpowiedzialność - jako warunek wstępny zdolności człowieka do czynienia dobra – bo dobro i zło istnieją tylko tam, gdzie jest wolność wyboru. Człowiek zniewolony, to człowiek niezdolny do czynienia dobra. Koncepcja dobra, jako pewnego stanu zewnętrznego wobec człowieka, jako rzeczywistości materialnej zapewnianej przez „dobrego władcę” to koncepcja obca chrześcijaństwu. Z punktu widzenia chrześcijaństwa człowiek pozbawiając się swej wolności na rzecz decydującej za niego władzy doczesnej sprzedaje swoją duszę – a ten, który go do tego namawia, zasługuje na potępienie.

Z tych względów wydaje się, że liberalizm konserwatywny - oparty na wolności i odpowiedzialności człowieka - jest jedynym systemem obejmującym tradycyjne wartości chrześcijańskie zachowującym spójność zarówno w wymiarze aksjologicznym jak i pragmatycznym. Co więcej, z pragmatycznego punktu widzenia system ten wydaje się także najlepszą podstawą do ochrony zarówno wartości narodowych jak i socjalnych. więc w Polsce jest on tak zaciekle krytykowany? Część antyliberalnych polityków może po prostu nie rozumieć o czym mówi, ale przynajmniej niektórzy z nich świetnie

Ukryci wrogowie wolności

Dlaczego wyczuwają sprzyjającą koniunkturę. Wykorzystują fakt, iż dla większości Polaków sens obcego słowa „liberalizm” nadal nie jest całkiem jasny, choć wszyscy wiedzą, że ma coś wspólnego z wolnością. Trudno więc tę ideologię po prostu zlekceważyć lub wyśmiać. Bo z wolności w Polsce nikt nie śmie sobie kpić. Przynajmniej jeszcze nie. Łatwiej ją zaatakować przeciwstawiając jej inne wartości, gdyż mało kto zwróci uwagę, że taka krytyka jest wewnętrznie sprzeczna. Krytycy zdają sobie sprawę, że w Polsce czas działa ostatnio na niekorzyść wolności. Umierają ostatni uczestnicy Powstania Warszawskiego, pamiętający stalinizm są już na emeryturze i wkrótce dla znakomitej większości ludzi aktywnych zawodowo i publicznie czasy kierowniczej roli PZPR będą co najwyżej mglistym wspomnieniem z dzieciństwa.

Wolność jest jak powietrze. Ani się ją widzi, ani o nią dba – póki jest. Ludzie chcą bezpieczeństwa, młodzi szybkich karier lub choćby ciekawej pracy, starzy lepszej opieki medycznej, jedni i drudzy więcej pieniędzy. Ale wolność – kogo to obchodzi! Co więcej, ludzi zaczyna męczyć ten chaos, w którym każdy robi, co chce a ciągłe zmiany zmuszają do podejmowania decyzji i związanego z nimi ryzyka. Za dużo tego powietrza wolności – czy ktoś mógłby zamknąć okno?

Mógłby. Chętnych jest tak wielu, jak wielu jest tych, którzy pragną władzy. A wolność władzę ogranicza, upokarza, degradując do roli lokaja społeczeństwa obywatelskiego. Dlatego wolności nie można ignorować, ani lekceważyć – ją trzeba wykorzeniać korzystając z każdej sposobności. I właśnie sposobna chwila nadeszła. Po kilkunastu latach bardzo szybkich zmian wolność jest słaba. Już nie jest powszechnym obiektem pożądania, a jeszcze nie udało się stworzyć dostatecznie silnych instytucji, które mogłyby ją chronić w chwilach słabości.

Dlatego demony przeszłości wyłażą ze swych nor by zapolować na nasze dusze. Oddaj nam wolność damy ci dobrobyt, oddaj wolność damy ci sprawiedliwość, oddaj wolność uwolnisz się od lęku. Jeszcze nie mają odwagi zakwestionować wprost wolności, bo przecież tak niedawno była ona prawie synonimem polskości. Na razie więc wypowiedziano wojnę liberalizmowi – wszak nikt na sztandarach nie pisał: „za nasz i wasz liberalizm”. Atakuje się jednak wszelkie przejawy wolności: wolny rynek, wolność słowa i sumienia, wolność obyczajową.

Tak więc wolność znowu jest w niebezpieczeństwie, co może mieć fatalne skutki i dla polskiej suwerenności, i dla polskiej kultury, i dla każdej polskiej rodziny. Mamy więc obowiązek jej bronić. Ale musimy także zrozumieć czego naprawdę bronimy, i uzgodnić wspólnie gdzie przebiegają granice prawa do wolności. Zapędzając się zbyt daleko w atakach na prawdziwych lub domniemanych wrogów wolności, także działamy przeciw niej, nie tylko psując jej reputację, lecz naruszając samą jej istotę.