starsze niepublikowane


OFE - konstytucyjny obowiązek podwójnego płacenia za jedną emeryturę?

luty 2014

Publiczny spór o OFE wszedł w fazę ekonomicznego absurdu – ustawa wprowadzająca zmiany w OFE już została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego przez Prezydenta Komorowskiego, a kolejne skargi zapowiadają organizacje przedsiębiorców. Nie jestem prawnikiem, nie chcę więc oceniać zgodności tej ustawy z Konstytucją. Jednak prawnicy, których opinie są podstawą tych skarg, nie zdają sobie chyba sprawy, że ewentualne przyjęcie ich zastrzeżeń będzie kompromitacją naszej konstytucji i systemu stosowania prawa . Oznaczać bowiem będzie, że interesy ekonomiczne kilku bardzo bogatych instytucji finansowych są ważniejsze od interesu ogółu obywateli i można je forsować wykorzystując kruczki prawne, które konstytucyjne prawa obywateli obracają przeciwko nim samym.

O ile bowiem trudno jednoznacznie negatywnie odpowiedzieć na pytanie, czy kapitałowy filar publicznego systemu emerytalnego jest korzystny dla gospodarki w bardzo długim okresie, (porównaj [1], [3],[7],[9]), o tyle wszyscy poważni ekonomiści na świecie są zgodni co do tego, że wprowadzenie filaru kapitałowego pociąga za sobą bardzo poważne koszty fiskalne, gdyż skierowanie części składki emerytalnej na indywidualne konta pracujących objętych zreformowanym systemem stwarza lukę w finansowaniu emerytur dla osób już będących na emeryturze. Stąd zjawisko zwane w literaturze przedmiotu „double-taxed generation”, polegające na tym, że pierwsze pokolenie objęte reformą musi płacić podwójnie – na własne konto emerytalne i finansować już wypłacane emerytury. Koszt ten może być częściowo przeniesiony na następne pokolenia, jeśli jest finansowany poprzez wzrost długu publicznego, a nie poprzez wzrost obciążeń fiskalnych lub ograniczenia wydatków na świadczenia społeczne lub usługi publiczne. Nawet jednak, gdy w całości zwiększa on dług publiczny, już nawet pierwsza generacja musi płacić koszt obsługi tego długu, co powoduje relatywny spadek konsumpcji. Co więcej, w im większym stopniu utworzenie kapitałowego filaru systemu ubezpieczeń finansowane jest ograniczeniem prywatnej lub publicznej konsumpcji obecnie pracujących, tym większa szansa, że w długim okresie powstanie II filaru kapitałowego przyczyni się do szybszego wzrostu gospodarczego (por. [1],[7]). Ale w ostatecznym rachunku czynnikiem decydującym i o wysokości emerytur i o dobrobycie całych przyszłych pokoleń decydować będzie tempo wzrostu gospodarczego (por. [5], [7]).

Z czysto formalno-prawnego punktu widzenia reforma systemu emerytalnego z 1999 r. dramatycznie pogorszyła sytuację ubezpieczonych – nawet najbardziej zagorzali zwolennicy OFE nie kwestionują faktu, że w wyniku reformy stopa zastąpienia (relacja emerytury do płacy ubezpieczonego) obniży się mniej więcej o połowę. Jest to efekt przyjęcia w obu filarach systemu zasady zdefiniowanej składki. Jednak z ekonomicznego punktu widzenia ta część reformy była nieunikniona, a uzyskana w ten sposób długookresowa równowaga systemu emerytalnego będzie korzystna dla wszystkich. Podobną rolę odgrywa niedawne podwyższenie wieku emerytalnego. To bowiem, czy dana zmiana prawa poprawia, czy pogarsza, czyjąś sytuację może być prawidłowo ocenione nie poprzez porównanie sytuacji sprzed i po tej zmianie, ale przez porównanie sytuacji po zmianie z hipotetyczną sytuacją „po braku zmiany”, czyli z sytuacją, jaka by w tym samym czasie miała miejsce przy założeniu, że zmiana prawa nie nastąpiła.

Jednak wprowadzenie filaru kapitałowego spowoduje konieczność ponoszenia przez pierwsze pokolenie objęte reformą jeszcze dodatkowych kosztów, jako double-taxed generation. Czym eksperci Banku Światowego i OECD rekomendujący ten system ubezpieczeń emerytalnych (por. [6],[8]) uzasadniali taką konieczność?

Podstawowym celem było zapewnienie długofalowej równowagi systemu emerytalnego. Wskazywano także na inne pozytywne konsekwencje wynikające z dominującego wśród ekonomistów w latach dziewięćdziesiątych poglądu, że rozwój rynków finansowych ma dobroczynny wpływ na rozwój gospodarczy i dobrobyt społeczny. Dlatego zwolennicy utworzenia filaru kapitałowego oceniali, że emeryci mogą w zasadzie być pewni stóp zwrotu w OFE znacznie wyższych niż dynamika PKB (która wyznacza maksymalne tempo wzrostu wydatków publicznych na emerytury w zrównoważonym systemie repartycyjnym), że wprowadzenie systemu kapitałowego zwiększy oszczędności, a tym samym dynamikę PKB w długim okresie oraz że przyczyni się do rozwoju rynków finansowych co będzie miało podobny wpływ na PKB. Powstanie II filaru miało też poprawić sytuację na rynku pracy.

Takie stanowisko Banku Światowego zostało jednak poddane bardzo ostrej krytyce przez wielu wybitnych ekonomistów, w tym laureatów Nagrody Nobla ([1], [7]). W szczególności autorzy tych prac wskazywali, że zrównoważenie systemu emerytalnego można osiągnąć tylko poprzez, bądź wzrost składki emerytalnej, bądź obniżenie świadczenia. Od tego czasu opinia samego Banku Światowego uległa istotnej ewolucji. Już w 2006 r. [por.9] poddano w wątpliwość dobroczynny wpływ II filaru na rynek pracy, wzrost oszczędności i rozwój rynku kapitałowego oraz możliwość trwałego uzyskiwania stóp zwrotu z II filaru wyższych niż dynamika PKB. Zaczęto też bardziej podkreślać problemy związane z wysokimi kosztami fiskalnymi okresu przejściowego. Po kryzysie finansowym argument o wysokiej stopie zwrotu z inwestycji filaru kapitałowego praktycznie zniknął. Wprawdzie Bank Światowy nie wycofał się wprost z obrony filaru kapitałowego (co związane by było z ogromnymi kosztami reputacyjnymi), to jednak jego polityka w następnych latach uległa wyraźnej ewolucji koncentrując się na reformach I filaru emerytalnego (por. [10]), podobnych do tych, które Polska już przeprowadziła.

Paradoks wart setki miliardów złotych.

Rzecz w tym, że w gospodarce naprawdę liczą się tylko przepływy pieniądza, a nie ich zasoby, czyli oszczędności zadłużenie, itp. , które mają znaczenie tylko dlatego, że generują jakieś przepływy. Aby to lepiej sobie uświadomić zastanówmy się nad konsekwencjami opisanej niżej hipotetycznej transakcji.

Załóżmy, że Fiskuski zawarł z Oferowiczem umowę, która przewiduje, że Fiskuski pożyczy na rok Oferowiczowi 100 tys. zł, a oprocentowanie pożyczki wyniesie 10%. Ponadto umowa ta zobowiązuje Fiskuskiego by za rok ponownie pożyczył Oferowiczowi na rok kwotę równą zwróconej mu przez Oferowicza pożyczce wraz z odsetkami, czyli 110 tys. Na tym jednak nie koniec. Zgodnie z tą umową także w następnych latach nadal Fiskuski będzie miał obowiązek dawać Oferowiczowi roczne pożyczki, zawsze w wysokości, w jakiej Oferowicz będzie spłacał mu wcześniejsze pożyczki. Czyli za dwa lata Oferowicz zwróci Fiskuskiemu 121 tys. a ten z powrotem pożyczy mu również 121 tys. , za trzy lata będzie to 133,1 tys. zł. Itd. Wreszcie, co najważniejsze, umowa ma trwać w nieskończoność. Ponieważ w kolejnych latach wartość spłaty wcześniejszej pożyczki będzie zawsze równa wartości nowo udzielanej pożyczki, zgodzono się, że – poza pierwszym przekazaniem przez Fiskuskiego Oferowiczowi 100 tys. zł – żadne realne płatności nie będą dokonywane. Nie trzeba zbytniej przenikliwości by zrozumieć, że mimo korzystnego dla Fiskuskiego oprocentowania pożyczki, na tej transakcji Oferowicz zyskał 100 tys. zł, a Fiskuski tyle samo stracił.

Na tej samej zasadzie, jak w powyższym przykładzie, fikcją są korzyści finansów publicznych z tytułu sfinansowania kosztów utworzenia kapitałowego filaru systemu emerytalnego. W przypadku jednego ubezpieczonego wprowadzenie systemu kapitałowego nie wydaje się niekorzystne dla finansów publicznych, przynajmniej w długim okresie. Wprawdzie dzisiaj przekazanie części składki do OFE powoduje wzrost ujemnego salda ZUS, ale dzięki temu w przyszłości wydatki emerytalne ZUS na tego ubezpieczonego będą mniejsze. Problem polega jednak na tym, że tak jak Fiskuski cały czas zwroty pożyczek udzielanych Oferowiczowi musiał przeznaczać na kolejne pożyczki, tak ZUS uzyskane w ten sposób oszczędności na wypłatach emerytur w całości będzie musiał przeznaczać na kolejne „pożyczki”, czyli składki do OFE. Dlatego finanse publiczne nigdy nie odzyskają pieniędzy ze składek wyłożonych na finansowanie OFE w początkowych kilkudziesięciu latach reformy. Satysfakcja z niższego, dzięki OFE, długu publicznego wobec emerytów byłaby równie absurdalna, jak satysfakcja Fiskuskiego z majątku, jaki ma w wyniku pożyczek udzielonych Oferowiczowi - pożyczek, których nigdy nie odzyska.

Wynika to z nieograniczonego w czasie okresu przekazywanie części składki do OFE oraz wprowadzonej przez reformę z 1999 r. zasady waloryzacji składek w ZUS. Zasada ta gwarantuje, że po zakończeniu okresu przejściowego reformy wypłaty emerytur z ZUS będą w przybliżeniu równe bieżącym wpływom ze składek, co oznacza, że oszczędności z tytułu OFE będą równe utraconej na rzecz OFE składce.

Łączna wielkość długu publicznego – tego jawnego skarbu państwa i tego „ukrytego” w ZUS wobec emerytów - nie zmieni się na skutek „ujawnienia” długu ZUS w drodze wprowadzenia systemu kapitałowego. Niższe natomiast będą środki, jakie budżet i ZUS będą mogły przeznaczyć na obsługę tego długu - bo „ujawnienie” oznacza, że ZUS trwale pozbawiony zostaje części składki ubezpieczeniowej.

Całkowity koszt utworzenia systemu kapitałowego w kształcie przewidzianym reformą z 1999 r. wyniósłby według szacunków rządu astronomiczną kwotę około 100% PKB (czyli według dzisiejszej wartości PKB 1 bilion 700 miliardów złotych). Według [4, str. 69] obniżenie składki do OFE w 2011 r. spowodowało ograniczenie deficytu ZUS liczonego wg wartości bieżącej o ponad 27% PKB, a wydłużenie wieku emerytalnego o ponad 17% PKB.

Przeniesienie obligacji z OFE do ZUS jest logiczną konsekwencją obniżenia składki do OFE i chroni rynek obligacji przed poważnymi zaburzeniami w przyszłości. Pozostawienie tych aktywów w OFE mimo obniżenia składki do OFE musiałoby bowiem po pewnym czasie doprowadzić do istotnej różnicy między składką wpływającą do OFE a wartością obligacji, które powinny być sprzedane na rynku w celu wypłaty przez OFE należnych świadczeń. To jednak spowodowałoby spadek cen obligacji, na czym straciłby zarówno skarb państwa, jak i ubezpieczeni przechodzący w tym czasie na emeryturę. Przeniesienie obligacji do ZUS zmniejszając dług publiczny spowoduje relatywny spadek oprocentowania nowo emitowanych obligacji, czyli zmniejszy ponoszone przez podatników koszty obsługi długu publicznego. Dodatkowo zwiększy pole manewru polityki fiskalnej w nadal trudnym okresie wychodzenia gospodarki z głębokiego spowolnienia.

Według szacunków rządowych, uwzględniających dodatkowo koszt relatywnego spadku kosztów obsługi długu publicznego, obniżka składki i przekazanie obligacji z OFE do ZUS zmniejszyło koszt funkcjonowania OFE mniej więcej o połowę , a dalsze jego ograniczenie zależeć będzie od tego, jak wiele osób zdecyduje się przenieść całość składki do ZUS.

OFE – prywatne zyski w publicznym systemie emerytalnym

Według szacunków rządowych, do końca 2012 r. koszty poniesione przez finanse publiczne na tworzenie kapitałowego filaru ubezpieczeń emerytalnych wyniosły prawie 280 mld zł, co stanowi 17,5% PKB z 2012 r. Co się stało z tymi pieniędzmi? Nie jest prawdą, że leżą one na rachunkach ubezpieczonych w OFE. Rachunki w OFE, podobnie jak rachunki w ZUS, to tylko zapisy księgowe określające zobowiązania OFE/ZUS . Prawdziwe pieniądze, podobnie jak w ZUS, są na bieżąco wydawane przez podmioty, do których ostatecznie trafiają. Jak wiadomo, część, około 17,4 mld trafiło do PTE jako wynagrodzenie za zarządzanie aktywami OFE, ponad 90 mld do firm, których papiery wartościowe (czyli także zapisy księgowe dokumentujące czyjeś zobowiązania) kupiły OFE na giełdzie, a około 122 mld z powrotem do budżetu, poprzez zakup przez OFE obligacji i bonów skarbu państwa. Tylko lokaty bankowe i instrumenty dłużne (obligacje, bony) nakładają obowiązek zwrotu pieniędzy przez tych, którzy je pierwotnie otrzymali. Pobrane opłaty nigdy nie będą mogły być odzyskane, a pieniądze zainwestowane w instrumenty udziałowe mogą być odzyskane, być może ze znaczną nadwyżką, ale tylko pod warunkiem, że znajdzie się chętny na ich odkupienie – nikt takiego obowiązku nie ma.


OFE nie może być korzystne jednocześnie dla emerytów i inwestorów giełdowych

OFE sprzedając aktywa, by wypłacić kapitał emerytalny, będą jednocześnie kupowały nowe aktywa za nowo otrzymane składki. Z prostej matematycznej zależności między wpływami ze składek i wysokością emerytur w zreformowanym systemie wynika, że za kilkadziesiąt lat OFE może być netto inwestorem na giełdzie tylko pod warunkiem, że stopu zwrotu w OFE będą niższe niż stopy zwrotu w ZUS, co podważałoby sens istnienia OFE. Z drugiej strony, na dłuższą metę stopy zwrotu w OFE nie mogą być znacząco wyższe niż w ZUS, bo to z kolei oznaczałoby, że OFE netto wycofuje pieniądze z giełdy. OFE już dziś mają ponad 40% akcji znajdujących się w wolnym obrocie giełdowym, a bez zmian w systemie emerytalnym, udział ten w przyszłości mógłby tylko wzrosnąć. Gdy tak potężny inwestor wycofuje kapitał z giełdy, ceny na giełdzie muszą spadać. Spada więc także wartość kapitału zgromadzonego przez ubezpieczonych, a więc także stopy zwrotu i wysokość dokonywanych wypłat – saldo wypłat i wpływów ze składki ponownie się zrównuje. Wysokie dodatnie saldo giełdowych inwestycji OFE możliwe jest tylko w pierwszej fazie reformy, gdy OFE dostają składkę, ale nie wypłacają emerytur. Ci którzy dziś narzekają na odpływ pieniędzy OFE z giełdy powinni pamiętać, że przekłucie małej bańki mniej boli niż dużej.

Przedstawione wyżej zależności tłumaczą, dlaczego filar kapitałowy zbudowany na krajowym rynku kapitałowym, nie jest lekarstwem na pogarszającą się sytuację demograficzną i wynikającą stad niską dynamikę składek emerytalnych. Takim lekarstwem dla emerytów mogłoby być inwestowanie składek zagranicą. Ale nie dla reszty obywateli, bo taki eksport kapitału spowodowałby raczej obniżenie, niż przyspieszenie tempa wzrostu dochodu narodowego. Oznacza to, że tylko PTE oraz inne firmy obsługujące OFE oraz spółki sprzedające OFE swoje akcje na pewno odniosą ogromne korzyści z istnienia OFE. Emeryci, tylko w przypadku, gdy będą mieli dużo szczęścia, finanse publiczne – na pewno poniosą ogromne straty.

Każdy uczestnik systemu emerytalnego jest jednocześnie podatnikiem

Jeśli nawet w przypadku niektórych roczników przechodzących na emeryturę stopy zwrotu w OFE będą wyższe niż waloryzacja w ZUS, nie przesądza to, że istnienie OFE jest korzystne dla tych emerytów. Pamiętajmy, że koszty ponoszone przez finanse publiczne są w ostatecznym rachunku kosztami wszystkich podatników, a więc tych samych osób, które są objęte powszechnym systemem emerytalnym. Nie jest więc to typowa sytuacja, z jaką mają do czynienia konstytucjonaliści, gdy z jednej strony są interesy jednostki lub jakiejś stanowiącej mniejszość grupy, a z drugiej strony wspólny interes wszystkich obywateli reprezentowany przez państwo. Jeśli w tym sporze konstytucyjnym nie chodzi o interesy właścicieli PTE, ale o interesy ubezpieczonych i podatników, to wszyscy jesteśmy po obu stronach bilansu korzyści i strat.

Dlatego zmniejszenie składki do OFE i przeniesienie obligacji z OFE do ZUS z ekonomicznego punktu widzenia nie jest wywłaszczaniem ubezpieczonych z ich pieniędzy, ale zwracaniem tych pieniędzy, poprzez ograniczenie obowiązku podwójnego płacenia za jedną emeryturę , jakim w istocie jest obowiązek uczestnictwa w kapitałowym filarze ubezpieczenia emerytalnego. Przeniesienie obligacji do ZUS zmniejszając dług publiczny spowoduje też relatywny spadek oprocentowania nowo emitowanych obligacji, czyli zmniejszy ponoszone przez podatników koszty obsługi długu publicznego. Dodatkowo zwiększy pole manewru polityki fiskalnej w nadal trudnym okresie wychodzenia gospodarki z głębokiego spowolnienia.

Wysokie koszty fiskalne istnienia OFE oznaczają, między innymi, że porównywanie stóp zwrotu w OFE z zasadami waloryzacji składek w ZUS nie jest metodologicznie poprawne. Nie uwzględnia bowiem faktu, że każdy ubezpieczony jako podatnik będzie ponosił koszty długu publicznego wynikające z przekazywania części składki do OFE. (por. [3] i [7] str. 15). Z tego powodu obliczając opłacalność OFE dla emerytów należałoby od osiąganych przez OFE stóp zwrotu netto (czyli pomniejszonych o kwoty opłat pobieranych przez PTE) odjąć jeszcze średnią stopę oprocentowania długu publicznego. Dodatkowo trzeba by udowodnić, że inwestycje OFE mają pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy i że z nawiązką rekompensuje to negatywny wpływ na ten sam wzrost wyższego długu publicznego. Rządowy Przegląd [3] podważa tę ostatnią tezę, a zwolennicy OFE nigdy nie podjęli merytorycznej dyskusji z tą częścią Przeglądu.

Gdy budzi się poczucie misji, rozum zasypia.

Korzyści dla finansów publicznych ze zmian w OFE są nieporównywalnie większe niż kwoty potencjalnych oszczędności, jakie można by uzyskać reformując KRUS, czy system emerytalny górników, co miałoby jakoby być lepszą alternatywą zmian w OFE. Z kolei korzyści z istnienia OFE dla emerytów są więcej niż wątpliwe, a korzyści dla rynku kapitałowego mogą się pojawiać tylko w pierwszych latach reformy, natomiast w dłuższym okresie istnienie OFE destabilizowałoby rynek kapitałowy niszcząc jego wolnokonkurencyjny charakter.

A jednak 115 powszechnie szanowanych ekonomistów, podpisało się pod listem protestacyjnym, w którym możemy przeczytać, że zmiana w OFE to „wykorzystanie zasobów OFE do doraźnego łagodzenia problemów budżetowych, kosztem długookresowego bezpieczeństwa wypłat emerytalnych Polaków” a „przejęcie aktywów OFE opóźni naprawę finansów publicznych”. Jestem przekonany, że te same osoby nie zgodziłyby się pożyczyć pieniędzy Oferowiczowi na zasadach opisanych w przedstawionym wyżej przykładzie. Dlaczego więc bronią OFE, które są dla finansów publicznych równie niekorzystne, jak dla Fiskuskiego pożyczki udzielane Oferowiczowi?

Tylko niewielu sygnatariuszy listu można podejrzewać, że mają w tym osobisty interes – wskazałem wyżej, kto naprawdę odnosi ogromne korzyści z istnienia OFE. Jak się wydaje, reszta (115 osób to jednak nadal znikomy ułamek środowiska naukowego) jest ofiarą, z jednej strony, zaufania do tych, którzy we własnym interesie świadomie utracili zdolność do logicznego myślenia, a z drugiej – powszechnej ostatnio - tendencji do „wspierania słusznej sprawy” polegającego na wypowiadaniu się w kwestiach, o których ma się dość ogólnikowe pojęcie, wyłącznie na podstawie szybkiej intuicyjnej oceny, bez próby bardziej starannej weryfikacji pierwszej opinii, jaka przychodzi do głowy.

Wynikające stąd błędy w podejmowaniu decyzji są dobrze znane współczesnej psychologii. Dlatego profesjonalna kampania propagandowa koordynująca przekaz wielu „niezależnych ośrodków sprzeciwu obywatelskiego” jest w stanie przekonać nie tylko zwykłych ludzi, ale także utytułowanych ekonomistów, że w ich i innych obywateli interesie leży ponoszenie ogromnych kosztów utworzenia systemu kapitałowego.

Trudno nie odnieść wrażenia, że obrona OFE miała właśnie charakter takiej kampanii, a nie spontanicznej debaty obywatelskiej. W takiej bowiem debacie reaguje się na argumenty przeciwnika, przeciwstawiając im kontrargumenty na rzecz tezy przeciwnej. Raport rządu wykazywał , miedzy innymi, absurdalność takich tez obrońców OFE jak stwierdzenie, że istnienie OFE zwiększa stopę oszczędności, jest rozwiązaniem problemu niekorzystnych tendencji demograficznych i służy stabilizacji finansów publicznych. Jednak mimo pozornej spontaniczności wszyscy obrońcy OFE w zadziwiająco zdyscyplinowany sposób powstrzymali się od jakichkolwiek komentarzy do tych części raportu rządowego, poprzestając na ogólnikowym stwierdzeniu, że są one nierzetelne. Wszystkie argumenty raportu obalające tezy obrońców OFE (z wyjątkiem wyliczeń, że dotychczasowa stopa zwrotu w ZUS była nieco wyższa niż w OFE – co nie stanowiło szczególnie ważnego argumentu rządu, choćby dlatego, że stopy zwrotu w czasie gdy OFE tylko inwestują a nie wypłacają emerytur są zupełnie niemiarodajne) po prostu zostały całkowicie przemilczane, a obalone w raporcie tezy nadal powtarzano z uporem zgodnym z zasadą, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo zostanie uznane za prawdę. W ten sam sposób powtarzano oczywistą brednię, że przeniesienie obligacji z OFE do ZUS to wywłaszczenie emerytów z ich oszczędności, choć przecież środki zabrane z indywidualnych kont w OFE w dokładnie takiej samej wartości znalazły się na indywidualnych kontach tych samych osób w ZUS i w obu przypadkach chodzi o środki, które są zobowiązaniem państwa.

Jednak podstawowym chwytem tej kampanii propagandowej było unikanie odpowiedzi wprost na zasadnicze pytanie, czy OFE są korzystne dla obywateli. Było to o tyle łatwe, że rzetelne uzasadnienie prawdziwej odpowiedzi wymaga pewnego wysiłku umysłowego. Paradoks nieskończonego ciągu transakcji, z których każda z osobna jest korzystna dla jednej strony, a cały ich ciąg dla drugiej, jest czymś, z czym intuicja kompletnie nie daje sobie rady - trzeba choć przez chwilę pomyśleć. Z kolei matematyczny dowód, że gdy wskaźnik waloryzacji kapitału w ZUS jest równy rocznej dynamice wszystkich składek lub dynamice PKB, to w długim okresie saldo wpływów i wypłat w ZUS jest równe lub bliskie zeru, wymaga dość żmudnych rachunków. Ważne jest też, ile kosztować będzie „pierwsza pożyczka”- czyli suma składek przekazanych OFE, zanim OFE zwróci je w postaci wypłat emerytur. Gdyby koszt zamykał się w dziesiątkach, czy nawet setkach milionów złotych, od biedy można by go usprawiedliwić pozytywnymi skutkami ubocznymi, na przykład przyspieszeniem prywatyzacji. Ale do tego obliczenia też potrzebne są trudno dostępne dane i szczegółowa znajomość zarówno starego, jak i zreformowanego systemu emerytalnego – większość podpisanych pod listem protestacyjnym z pewnością nie ma o tym pojęcia. Istnieją wprawdzie rządowe szacunki na ten temat, ale te łatwo przedstawić jako niewiarygodne po prostu dla tego, że rządowe. Inne ważne opracowanie niezależnych autorów [4] - bardzo pomocne w odpowiedzi na powyższe pytanie liczy ponad sto stron tekstu w języku angielskim – nikt poza specjalistami od ubezpieczeń społecznych tego nie przeczyta.

Z psychologii wiadomo, że gdy chcemy szybko odpowiedzieć na jakieś pytanie, a nie mamy potrzebnych do tego informacji, odpowiadamy na pytanie łatwiejsze, nawet nie zdając sobie sprawy z dokonanej zamiany. Dlatego obrońcom OFE łatwo było w miejsce tych trudnych zagadnień, podsunąć opinii publicznej pytanie znacznie prostsze: dlaczego rząd wprowadza zmiany w OFE?. Codziennie kilku dziennikarzy, publicystów i tzw. ekspertów rynków kapitałowych zaczynało swoje wypowiedzi na temat OFE od stwierdzenia, że rządowi brakuje pieniędzy, więc dlatego chce się dobrać do OFE. Zwróćmy uwagę, że fakt, iż rządowi brakuje pieniędzy jest w zasadzie zawsze prawdziwy (z wyjątkiem może kilku krajów posiadających ogromne złoża ropy), sam w sobie niczego więc nie wyjaśnia. Ale w połączeniu z tezą o wywłaszczeniu emerytów brzmi bardzo spójnie i dla niezbyt dociekliwych słuchaczy nie wymaga dalszych wyjaśnień. Tym bardziej dociekliwym tłumaczono dodatkowo, że rządowi brakuje pieniędzy, bo nie przeprowadził prawdziwych reform. Mamy kulturowo tak silnie zakorzenioną nieufność do władzy – dodatkowo wzmocnioną czarnym PR po obniżeniu składki do OFE i trudniejszą sytuacją ekonomiczną w okresie spowolnienia - że pod wpływem takiej narracji nikt już nie pyta, jakie to są te prawdziwe reformy i dlaczego zmiany w OFE do nich nie należą. Nie trzeba więc tłumaczyć, że prawdziwe reformy to - zdaniem obrońców OFE - takie, które odbierają pieniądze biednym i dają bogatym.

Gdy obywatele raz kupią tezę, że chodzi o obronę fundamentalnych praw obywateli przed cynicznym i nieudolnym rządem, jakakolwiek merytoryczna dyskusja staje się zbędna. Wszystko zostaje bowiem podporządkowane logice sporu czysto politycznego, a oburzone „środowiska naukowe” z zapałem i poczuciem misji przyłączają się do antyrządowej krucjaty. W takim sporze już nie liczy się słuszność argumentów, ale ich społeczna nośność – wroga się przecież nie przekonuje, tylko pokonuje. Można więc żerować na stereotypach, że prywatne zawsze jest lepsze od państwowego, że lepiej inwestować, niż „przejadać” itp. Można też w kółko powtarzać kłamstwa o dobroczynnym wpływie OFE na oszczędności, o nieuchronnym bankructwie ZUS i dramatycznym wzroście ukrytego długu publicznego na skutek przesunięcia składek i aktywów OFE do ZUS bez ryzyka, że natchnione poczuciem misji dziesiątki profesorów uznają te argumenty za intelektualnie nieuczciwe. Nawet bowiem gdy są nieprawdziwe, to są słuszne, bo służą słusznej sprawie.

Prawdziwy wpływ OFE na sytuację finansów publicznych i przyszłe emerytury będzie stopniowo przebijał się do świadomości opinii publicznej. Zmiany minimalizujące udział OFE w polskim systemie emerytalnym, są więc nieodwracalne. Na krótka metę protesty przeciwko tym zmianom mogą jednak, paradoksalnie, wzmocnić radykalnych przeciwników gospodarki rynkowej – bo dla części wyborców liczy się sam fakt, że rząd jest krytykowany, bez wnikania w merytoryczne powody, dlaczego. Ciekaw jestem czy w przypadku, gdy takie ugrupowania wygrałyby wybory, sygnatariusze wspomnianego wyżej listu będą mieli odwagę protestować jeszcze bardziej zdecydowanie.

Bibliografia:

[1].N. Barr, N ; Diamond, P : Reforming Pensions: Principles and Policy Choices , Oxford University Press 2008

[2].Bezpieczeństwo dzięki zrównoważeniu. Przegląd funkcjonowania systemu emerytalnego. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministerstwo Finansów. Warszawa 2013

[3]. Geanakoplos, J; Mitchell, O.S.; Zeldes, S.P. : Would a Privatized Social Security System Really Pay a Higher Rate of Return? Cowles Foundation Paper Nr 1002. Cowles Foundation For Research in Economics at Yale University , 2000

[4]. Jabłonowski, J; Müller, Ch. : 3 sides of 1 coin – Long-term Fiscal Stability, Adequacy and Intergenerational Redistribution of the reformed Old-age Pension System in Poland, NBP Working Paper No. 145

[5]. Moss, D.E. : A concise guide to macroeconomics: what managers, executives, and students need to know. Harvard Business School Press. 2007

[6].OECD: Fiscal alternatives of moving from unfunded to funded pensions. Ageing Working Papers 5.2 1997

[7].Orszag, P. R.; Stiglitz, J. E. “Rethinking pension reform: 10myths about social security systems”, in R. Holzmann and J.E. Stiglitz (eds.),New ideas about old age security: Toward sustainable pension systems in the 21st century. Washington, DC, World Bank. 2001.

[8].World Bank - Averting the Old Age Crisis . Oxford University Press for the World Bank. 1994

[9]. World Bank—Independent Evaluation Group: Pension reform and the development of pension systems: An evaluation of World Bank assistance. Washington, DC, 2006

[10].World Bank - Schwarz, A.M.; Arias, O.S.; Zviniene, A.; Rudolph, H.P.; Eckardt, S.; Koettl, J.; The Inverting Pyramid, Pension Systems Facing Demographic Challenges

in Europe and Central Asia World Bank 2014.

 

Siedem powodów, dla których OFE szkodzą giełdzie

lipiec 2013

Obrońcy OFE przez dłuższy czas usiłowali przekonać opinię publiczną, że w długim okresie i emeryci i finanse publiczne na istnieniu OFE zyskają. Pierwsza teza jest nie do udowodnienia (podobnie zresztą, jak teza przeciwna), co w naturalny sposób prowadzi do postulatu by ubezpieczeni sami wybrali, czy chcą należeć do OFE, czy nie. A tego obrońcy OFE nie są gotowi zaakceptować, bo faktycznie są obrońcami przymusu przynależności do OFE.

Druga teza nie tylko nie jest do udowodnienia, ale można udowodnić tezę przeciwną. Stało się to na tyle powszechnie wiadome, że zwolennicy przymusu OFE zmodyfikowali ten argument twierdząc, że gdyby budżet nie wydał pieniędzy na OFE, to wydałby na coś innego, więc OFE nie są powodem wzrostu długu publicznego, a więc także kłopotów budżetu.

Jest to oczywista demagogia, ale nawet nie odrzucając jej, trzeba jeszcze udowodnić, że to „coś innego” jest mniej potrzebne gospodarce niż OFE. Argumentem zwolenników przymusu OFE jest to, że OFE rozwija się rynek kapitałowy. Charakterystyczne, że autorzy tej tezy dotychczas unikali odpowiedzi na pytanie, dlaczego rozwój rynku kapitałowego jest tak ważny, że wart jest setek miliardów złotych kosztów budżetowych i wystawiania emerytów na ryzyko inwestycji giełdowych.

Wyłom w tych niedopowiedzeniach uczynił Tomasz Prusek swym artykułem „Siedem powodów, dla których OFE są ważne dla giełdy”. (Gazeta Wyborcza 25 lipca 2013). Z pewnością nie odzwierciedla on poglądów „głównych rozgrywających” w drużynie obrońców przymusu OFE –ci nie są tak naiwni. Wydaje się jednak, że dość dobrze oddaje stan umysłu wielu ludzi związanych z biznesem giełdowym arogancko besztających rząd. Tkwią oni w błogim przekonaniu, że zawsze to, co dobre dla ich biznesu, dobre jest także dla gospodarki.

Ekonomia podkreśla wprawdzie pozytywną rolę przedsiębiorczości i kapitału w gospodarce ale tylko wtedy, gdy przedsiębiorcy działają na wolnokonkurencyjnym rynku. Dotyczy to także rynku kapitałowego. Tylko wolność wyboru, konkurencja i zasada, że zyski zależą od trafności decyzji podmiotów inwestujących pozwala oceniać, że rynek efektywnie alokuje inwestycje.

OFE to zaledwie kilka funduszy, a zarządzającym nimi PTE najbardziej opłaca się naśladować - zarówno w polityce opłat, jak i inwestycyjnej - największe z nich. Pod tym względem nie ma mowy o jakiejkolwiek konkurencji między PTE. To gwarantuje PTE uzyskiwanie wysokich zysków niezależnie od uzyskiwanych wyników inwestycyjnych, gdyż oszczędzanie w OFE jest przymusowe. Pamiętając o tym przyjrzyjmy się siedmiu powodom, dla których, zdaniem Tomasza Pruska, powołane przez państwo OFE są ważne dla giełdy.

1.OFE jako dostarczyciele „realnego kapitału”.

Nie bardzo wiem, czym się różni realny kapitał od innych kapitałów. Faktem jest, że obecnie i jeszcze przez kilkadziesiąt lat OFE będą więcej kupować na giełdzie, niż sprzedawać. Problem w tym, że aby OFE mogło zainwestować jakieś środki na giełdzie, inni inwestorzy finansowi muszą kupić obligacje skarbowe o nieco większej wartości. W ten sposób budżet finansuje transfer pieniędzy do OFE, w części, która jest inwestowana na giełdzie i pokrywa koszty opłat pobieranych przez OFE. W rzeczywistości, więc, to nie OFE są dostarczycielami kapitału tylko inne podmioty kupujące obligacje skarbu państwa. OFE tylko niepotrzebnie pośredniczą w ich dostarczaniu na giełdę, za co pobierają bardzo wysokie opłaty. Jednocześnie taki sposób finansowania inwestycji giełdowych OFE powoduje wzrost kosztu kredytu, bo zwiększając dług publiczny, zwiększa zawartą w cenie kredytu premię za ryzyko kraju.

Podobno jednak przewaga OFE nad innymi polega na tym, że „…posiadają bardzo mobilny kapitał, który może być przerzucany ze spółki do spółki”. To bardzo ważne stwierdzenie, szczególnie w świetle oceny innego obrońcy przymusu OFE, że gdyby ZUS przejął akcje OFE i chciałby je sprzedać nie wpływając negatywnie na cenę, to w przypadku niektórych spółek zajęłoby mu to 10 lat. Kapitał OFE może być rzeczywiście znacznie bardziej mobilny, bo OFE nie musi się martwić o to, po jakiej cenie sprzedadzą akcje. Ich zyski nie zależą od tego, jaką stopę zwrotu uzyskują z inwestycji – całe ryzyko spada na emerytów. Czym się w tej sytuacji kierują sprzedając jedne i kupując inne akcje, poza tym, by robić to samo, co inne OFE? Trudno zgadnąć. Prusek uważa to za zaletę OFE. Może coś wie na temat tego, jak OFE robi interesy na giełdzie, czego przeciwnicy przymusu OFE nie wiedzą, a co powoduje, że niektóre spółki giełdowe, szczególnie te w słabej kondycji ekonomicznej, tak kochają OFE.

Pozbawieni tej wiedzy uważają, że giełda, na której 40% free-floatu mają firmy, którym obojętne, w co inwestują, nie może być dobrym narzędziem alokacji kapitału. A jeśli udział OFE w systemie nie zostanie ograniczony, aktywa akcyjne OFE będą co najmniej trzykrotnie większe. Wtedy, albo OFE będą inwestować głównie zagranicą (budżet będzie się zadłużał, aby finansować zagraniczne spółki), albo nazywanie polskiej giełdy rynkiem będzie tylko niesmacznym żartem.

Zresztą, Prusek, chwalący mobilność kapitału OFE sam sobie przeczy. W następnym punkcie twierdzi, że „OFE nie mają dużego wyboru w czasie gospodarczego kryzysu, bo nie mają za bardzo gdzie uciec z pieniędzmi” , a w trzecim z kolei „OFE nie żonglują akcjami jak day-traderzy. Raczej kupują akcje na średni i dłuższy termin.” Więc może Pan redaktor pisze cokolwiek, wychodząc z założenia, iż liczy się tylko ilość, a nie jakość, argumentów?

2.OFE jako czynnik stabilizujący giełdę.

Argumenty Autora w tym punkcie jasno pokazują, że interes strategicznych inwestorów w spółkach giełdowych uważa za nadrzędny zarówno wobec interesu emerytów, jak i budżetu. Za zaletę OFE uważa on bowiem fakt, że w sytuacji gospodarczego kryzysu OFE nie wychodzą z giełdy, bo w odróżnieniu od inwestorów zagranicznych „nie mają za bardzo gdzie uciec z pieniędzmi”. Czyli niepłynność inwestycji OFE Autor uważa za korzystną! Pytanie, dla kogo? Sam w trzecim punkcie stwierdza, że dla innych inwestorów płynność danej akcji jest warunkiem atrakcyjności. Ale inni inwestorzy muszą się starać osiągnąć jak najlepsze wyniki inwestycyjne. Dlatego możliwość szybkiego zamknięcia pozycji jest dla nich bardzo ważna. Z tych samych powodów jest też ważna dla emerytów, których pieniądze inwestują OFE. Wysoka płynność akcji potencjalnie minimalizuje ryzyko poniesienia dużych strat i pozwala osiągać zyski z trafnej spekulacji na zmianach cen. Niestety tylko potencjalnie, bo OFE mają już obecnie tak wysoki udział w giełdzie, że faktycznie nie maja gdzie uciec z pieniędzmi. To wprawdzie zmniejsza skalę spadku cen w okresie bessy, ale korzystają na tym tylko inwestorzy strategiczni, a emeryci tracą.

Jeszcze bardziej traci budżet. Bo, w odróżnieniu od OFE, prawdziwi dostarczyciele kapitału na giełdę - czyli inwestorzy kupujący obligacje rządowe finansujące deficyt ZUS - w okresie kryzysu jak najbardziej mogą uciekać z Polski, co zagraża kryzysem finansów publicznych i całej gospodarki. Im większy udział OFE w systemie emerytalnym, tym większe ryzyko realizacji takiego scenariusza. Zabawne, że Prusek nie dostrzega, że w takiej sytuacji, także jego ulubieńcy ze spółek giełdowych ponieśliby ogromne straty.

3. OFE zwiększają płynność giełdy

Autor nie rozumie, że płynność należy oceniać dla każdej spółki oddzielnie, oceniając relację jej obrotów do kapitalizacji. Skoro udział OFE w kapitalizacji jest większy niż w obrotach, to OFE zmniejszają, a nie zwiększają płynność giełdy. Zainteresowania zagranicznych inwestorów, czy inni też będą kupowali dana spółkę jest zrozumiałe, bo od tego zależą zyski z inwestycji. Nie oznacza to jednak, że dzięki OFE polski rynek jest bardziej atrakcyjny dla inwestorów, bo popyt OFE sprawia, że akcje są relatywnie drogie. W efekcie udział zagranicy w kapitalizacji polskiej giełdy jest mniejszy niż w giełdach podobnych krajów.

Z pewnością natomiast jest atrakcyjny i dla krajowych i zagranicznych emitentów akcji. To jest powód, dla którego spółki giełdowe i biura maklerskie tak kochają OFE. 40% kapitalizacji GPW to spółki zagraniczne. Masz mało chodliwy towar? Przyjedź do Warszawy, tu kupią wszystko! I to jest to optymalne narzędzie alokacji oszczędności?

4. OFE dostarcza rządowi sojuszników.

Tytuł tego punktu jest mylący. Powinien brzmieć „Wszyscy emeryci budują narodowy kapitalizm”. Hasło repolonizacji polskiej gospodarki, na które powołuje się Autor, modne jest przede wszystkim wśród biznesmenów liczących na (skąd inąd nielegalne w świetle prawa europejskiego) wsparcie państwa dla ich firm. Druga grupa to menadżerowie nie najlepiej prosperujących spółek zagranicznych, którzy mają nadzieje przejąć nad nimi kontrolę za pieniądze publiczne. W kręgach rządowych ta koncepcja jest już mniej popularna, choć ostatni kryzys pokazał, że jednak kapitał ma, albo przynajmniej miewa, narodowość. Nie pokazał jednak, w jakim stopniu wynika to z, w istocie korupcyjnych, powiązań między politykami i biznesmenami, gdzie biznesmeni ulegają naciskom polityków licząc, że politycy zrekompensują im to na koszt podatników. Dlatego nie ma powodu sądzić, że repolonizacja byłaby korzystna dla kogokolwiek innego poza formalnymi lub nieformalnymi właścicielami repolonizowanych spółek i urzędników robiących z nimi wchodzącymi z nimi w niejasne układy.

Autor przyznaje, że relacje ministerstwa skarbu i OFE są bardzo nieprzejrzyste, a OFE są podatne na naciski polityczne. Nie bez powodu urzędnicy ministerstwa skarbu niezbyt entuzjastycznie odnoszą się do zmian w OFE. To pokazuje, że cała histeria wokół renacjonalizacji spółek w wyniku ewentualnego przejmowania przez ZUS akcji OFE, to czysta propaganda – wszędzie tam, gdzie OFE mają istotny wpływ na spółkę, jej prywatność jest już dawno więcej niż wątpliwa. Nie negując potrzeby specjalnej kontroli państwa nad naprawdę strategicznymi spółkami, trudno zaakceptować pomysł by dokonywała się ona w sposób nieformalny (faktycznie łamiący prawo) za pośrednictwem OFE. Taka nieformalna kontrola de facto nie jest kontrolą państwa, ale kontrolą kilku urzędników, być może prowadzoną w imię ich prywatnych interesów.

5.OFE zapobiega wrogim przejęciom

Jeśli wrogie przejęcia są czymś złym, należy zmienić prawo by je wyeliminować. Autor po raz kolejny puszcza do nas oko sugerując, że całe prawo o swobodzie przepływów kapitałowych, ochronie praw akcjonariuszy itp. to jakieś dyrdymały, które należy łamać, jak tylko jest nam to z jakiś powodów wygodne. Byleby nie dać się złapać za rękę – i dlatego OFE są takie pomocne. Znowu wraca kwestia kontroli przez państwo strategicznych jakoby spółek i niejasnej roli OFE w tym procederze. Autor martwi się, że prawdziwa prywatyzacja mogłaby spowodować wycofanie z giełdy kilku największych spółek z udziałem skarbu państwa i załamaniem obrotów na giełdzie. Tym samym w gruncie rzeczy twierdzi, że obecnie giełda warszawska z normalnym rynkiem kapitałowym stanowiącym narzędzie efektywnej alokacji kapitału nie ma nic wspólnego. Wszystko jest jakimś sztucznym tworem istniejącym głównie dzięki faktycznie państwowym firmom notowanym na giełdzie oraz OFE inwestującymi pieniądze zebrane pod przymusem od ubezpieczonych. Rozumiem, że sztuczki z wymuszaniem na inwestorach strategicznych pozostawienia na giełdzie części akcji, czy też generowanie popytu na akcje decyzjami administracyjnymi może mieć jakiś sens w pierwszej fazie tworzenia rynku kapitałowego. Ale GPW ma już ponad dwadzieścia lat! Jak długo mamy jeszcze tolerować taką atrapę normalnego rynku kapitałowego, ze szkodą dla efektywności inwestycji i przy ogromnych kosztach budżetu?

6.OFE, jako kurek z kapitałem dla prywatnych firm

„Giełda istnieje nie dla spekulacji, ale dla alokacji kapitału, czyli przesuwaniu go od tych, którzy go mają, do tych którzy potrzebują” twierdzi Prusek. To nie jest takie proste jak się Panu Redaktorowi wydaje. Gdyby chodziło tylko o dostarczanie kapitału wszystkim, którzy go potrzebują, nie trzeba by było zaraz tworzyć giełdy. Wystarczyłby urzędnik w jednym państwowym banku, który by dawał kapitał każdemu, kto się zgłosił – jak to z grubsza wyglądało w komunizmie. Alokacja oznacza jednak coś więcej – selekcję chętnych po kapitał. Do tego właśnie potrzebny jest rynek kapitałowy, a niezbędnym elementem tego rynku umożliwiającym efektywną selekcję są właśnie inwestorzy spekulacyjni. To elementarna wiedza ekonomiczna i dziwię się, że Pan Prusek, podobne jak dziesiątki innych uczestników dyskusji o OFE, uznał, że może pouczać rząd nie siląc się na zdobycie jakiejkolwiek wiedzy z dziedziny, w której poucza. A prasa ochoczo drukuje te brednie.

Autor zapewnia, że „…pewne jest, że bez pieniędzy z OFE dziesiątki prywatnych firm nie byłyby w stanie wybić się na rynku.” Przypomnijmy, że faktycznie nie są to pieniądze OFE, tylko inwestorów, którzy pożyczyli pieniądze budżetowi, a rola OFE polega na tym, że inwestując je na giełdzie pobierają wysokie opłaty i obciążają ryzykiem takiej inwestycji emerytów, których państwo zmusiło do brania takiego ryzyka. Samo OFE nie ponosi żadnego ryzyka, może więc inwestować pieniądze nie martwiąc się, o dalsze losy tej inwestycji. Dla Pana Pruska to zaleta, dla mnie powód by jak najszybciej usunąć OFE z giełdy.

7.OFE umożliwia miękkie restrukturyzacje.

Autor nie wyjaśnia jak rozumie termin „miękka restrukturyzacja”. Z dalszych wywodów można domniemywać, że polega ona na tym, że firmie, która faktycznie zbankrutowała umarza się cześć lub całość zadłużenia, by mogła sobie istnieć nadal, nawet nie zmniejszając zatrudnienia. Czyli Autorinnymi słowami zachwala tę samą cechę OFE, co w punkcie 6, a mianowicie, że OFE nie musi się martwić stratą zainwestowanych pieniędzy. Pisze: „Dla dłużnika o wiele lepiej, gdy ma dług w OFE niż w banku. Może liczyć na większe zrozumienie, na współpracę przy naprawie firmy i ocalenie miejsc pracy.”. Faktycznie, bank musi się martwić o pieniądze swoich klientów, OFE nie. Zresztą, gdy OFE dostarczyła kapitał firmie kupując jego akcje, żadnego długu spłacać nie trzeba. Żadna firma nie ma obowiązku odkupywać raz wyemitowanych akcji. Jeśli to prawda, że OFE działają w ten sposób, to jest to kolejny argument na rzecz tezy, że OFE niszczą mechanizmy alokacji kapitał.

***

Jak widać, argument o zbawiennej roli OFE dla naszego rynku kapitałowego to nonsens odwołujący się do naiwnych stereotypów, sprzecznych z elementarną wiedzą ekonomiczną. OFE nie rozwijają rynku kapitałowego tylko wprowadzają zaburzenia do jego funkcjonowania. Zaburzenia bardzo szkodliwe z punktu widzenia funkcji, dla których jest on w ekonomii uważany za ważne ogniwo kapitalistycznej gospodarki wolnorynkowej. Ale bardzo korzystne dla wielu spółek giełdowych i całego biznesu obsługującego ten rynek.

Zwolennicy przymusu OFE podają się za liberałów, ale w rzeczywistości są „socjalistami na opak”, broniącymi ogromnych transferów publicznych pieniędzy do prywatnych spółek. Zabawne, że niektórzy z tych „liberałów” chcą koszty istnienia OFE finansować podatkiem od transakcji na rynku kapitałowym. Bo narodowemu kapitalizmowi rynek nie jest potrzebny – wystarczą pieniądze emerytów.

 

 

Młodzi, wykształceni, infantylni     czerwiec 2012

Piotr Stasiak w artykule „Wylogować się z systemu!” (Polityka, 23 maja 2012) ostrzega, że młodzi ludzie nie mają zaufania do systemu emerytalnego i mogą chcieć się z niego wylogować. Podejrzewam, że nie zdaje sobie sprawy, iż rezygnacja z obowiązkowego systemu emerytalnego opartego na transferach międzypokoleniowych możliwa jest tylko na dwa sposoby. Pierwszy, to eutanazja wszystkich obecnych emerytów. Drugi, to sfinansowanie dzisiejszych emerytur poprzez podwyżkę podatków obecnie pracujących, bez prawa do emerytury z tego tytułu po zakończeniu pracy. 

Czy faktycznie młodzi są zwolennikami któregoś z tych rozwiązań? Chyba jednak nie. Autorzy opisanego w artykule badania nie postawili jednak młodych przed tą brutalną alternatywą. Współczują młodzieży, że jej kariera zawodowa rozpoczyna się w okresie światowego kryzysu, który może jeszcze potrwać nawet kilka lat. Choć Polska jest teraz najszybciej rozwijającym się krajem w Europie, to przecież jego skutki także tutaj dają się odczuć. To stawia młodych w zupełnie innej sytuacji niż ich rodziców, których początek kariery zawodowej przypadał na radosny okres stanu wojennego. Dlatego, jak stwierdziła jedna z badanych, „wchodzili w dorosłość z wiarą w rozwój i poprawę sytuacji materialnej, my raczej nie mamy złudzeń”. Na dodatek aż 80% z badanych uważa, że odprowadzane składki są w dużym stopniu marnowane – nie trafiają ani do obecnych, ani do przyszłych emerytów. Ciekawe, jaki procent z nich nie wierzy, że Ziemia jest okrągła.

Trzeba przyznać, że, w przypadku systemu emerytalnego ich ignorancja jest w dużym stopniu uzasadniona. W tej kwestii opinia publiczna była zawsze manipulowana. Już na początku transformacji narzekającym na niskie emerytury tłumaczono, że to przez komunistów, którzy roztrwonili składki emerytalne. Takie tłumaczenie bardzo pomogło w przeforsowaniu reformy emerytalnej. Obiecano, że teraz będzie lepiej, bo każdy dostanie tyle, ile wpłacił plus waloryzacja - co najmniej na poziomie inflacji w ZUS-ie oraz fantastyczne dodatkowe zyski ze składki zainwestowanej w OFE. Ludzie odetchnęli z ulgą.

Nikt nie chciał powiedzieć im wprost, że system emerytalny zbudowany za czasów Jacka Kuronia był, z punktu widzenia stopy zastąpienia, bardzo hojny i dlatego absolutnie nie do utrzymania. I dlatego reforma uzależniająca wysokość emerytury od kwoty wpłaconych składek, jest niezbędna. Ale bez wydłużenia wieku emerytalnego żaden system oparty na zasadzie zdefiniowanej składki i jakiejś sensownej regule jej pomnażania - obojętne, czy w ZUS, czy w OFE - nie jest w stanie dać choćby połowy tego, co dawałby emerytom poprzedni system. A nawet po wydłużeniu da mniej.

Zamiast tego, przy okazji krytyki zmian w podziale składki miedzy ZUS i OFE, najwybitniejsi – podobno - eksperci zarzucili rządowi kolejna defraudację. Przekonywano społeczeństwo, że ZUS to czarna dziura, w której bezpowrotnie znikną ich składki. Że rząd roztrwonił nasze pieniądze i teraz chce nam zabrać jeszcze więcej, lekceważąc umowę społeczną, jaką zdaniem tych ekspertów była opracowana przez nich reforma.

Teraz ludzie dowiadują się, że muszą pracować dłużej, by w relacji do wpłaconych składek dostać niewiele ponad połowę tego, co oferował stary, obciążony komunistyczną defraudacją system. Jest dla nich oczywiste, że to kolejny dowód na defraudację, o której nie tak dawno mówił Balcerowicz, Hausner i inni eksperci. Nie rozumieją tylko, dlaczego to właśnie ci eksperci najgłośniej domagają się by skalę tej defraudacji zwiększyć, wydłużając wiek emerytalny. Bo czeka nas zapaść demograficzna? Teraz dopiero ją zauważyli? Przez palmowe liście szumiące nad głowami emerytów uszczęśliwionych reformą Hausnera-Balcerowicza nie było jej widać? I dlaczego zmiana proporcji podziału składki łamie umowę społeczną, a wydłużenie wieku emerytalnego nie?

Trudno się dziwić, że młodzież nie wie, o co chodzi i nikomu nie ufa. Dzisiejsi dwudziesto-trzydziestolatkowie przypominają pod tym względem swoich rodziców, w czasie, gdy byli nastolatkami. Już wiedzą, że wyidealizowany obraz rzeczywistości przekazywany im przez rodziców to ściema, ale jeszcze nie całkiem rozumieją, co naprawdę jest grane.

Ale Stasiak pisze o młodych: są realistami, są świadomi. Czyli młodzież jest super, tylko ich rodzice sknocili system, w którym przyszło jej żyć. Trzeba ten „archaiczny interfejs”, jak polskie państwo nazwał cytowany w artykule Piotr Czerski, zmodyfikować. I dodaje: „każdy system niewygodny w obsłudze może być zastąpiony przez bardziej wydajny, lepiej dostosowany do naszych potrzeb”. Szkoda, że nie podał żadnych konkretów, bo bez nich jego manifest to zachęta do działania metodą prób i błędów. Kłopot w tym, że żywi ludzie nie mogą na czas takich prób po prostu z systemu się wylogować.

Dlatego młodzi zanim się wezmą do poprawiania starego systemu, powinni lepiej zrozumieć, jak on działa. Ciekawe, że pod pewnym względem są bardziej zaawansowani niż ci, którzy ich badają. Młodzi uważają, że państwo nie zapewni im dostatku na starość, muszą sami oszczędzać. I słusznie. W gospodarce rynkowej niekorzystającej z boomu demograficznego skala obowiązkowego transferu międzypokoleniowego musi być dość skromna. Badający ich socjologowie taką postawę uważają jednak za przejaw młodzieńczej, nie do końca uzasadnionej, wiary we własne siły. A w co mają wierzyć? W państwo, które weźmie na utrzymanie społeczeństwo?

W rozumowaniu młodych jest tylko jedna luka. Nie zauważyli, że kapitał, jako zabezpieczenie na starość, też wymaga transferu międzypokoleniowego: ktoś musi kupić nasze akcje, czy nieruchomości. Ktoś musi wyprodukować dobra, które emeryci kupować będą za swoje oszczędności zgromadzone w bankach. Prywatne, nie oznacza odizolowane od procesów społecznych. Z tego systemu nie można się wylogować.

Na tę lukę autorzy badania nie zwracają uwagi. Za to pytają młodych: „czy odprowadzane od zarobków składki emerytalne są sposobem na łatanie dziury budżetowej?” Mówienie o łataniu dziury budżetowej zakłada, że dziura budżetowa, to specjalna pozycja wydatków. Państwo poza normalnymi wydatkami, jak świadczenia socjalne oraz usługi i inwestycje publiczne, wydaje pieniądze na dziurę budżetową. Sam Stasiak zadaje natomiast dramatyczne pytanie: czy młodzi „przystaną na układ „mniej za więcej”, który fundują im właśnie znienawidzeni politycy?”, a socjolog Kuczyński dodaje, że niewiara w system to również wotum nieufności wobec „polityki w wydaniu partyjnym”.

Dla mnie taki język to element demagogii narzucającej stereotyp poprawiający samopoczucie obywateli i zwalniający ich z odpowiedzialności za państwo. Polega on na traktowaniu państwa, jako bytu zewnętrznego wobec społeczeństwa, mającego jakieś własne interesy ekonomiczne, własne wydatki i własne dochody. Zgodnie z nim podatki i inne obciążenia fiskalne nie służą wcale, lub tylko w niewielkim stopniu, finansowaniu potrzeb społeczeństwa - ich lwia część jest przejadana przez państwo.

Na tle takiej retoryki określenie interfejs - obojętne, archaiczny, czy nie – brzmi moim zdaniem znacznie lepiej. Przyjmuje bowiem do wiadomości, że nawet wydatki na utrzymanie administracji publicznej, to wydatki na usługi dla obywateli. Może nie są najwyższej jakości, może są zbyt kosztowne (choć Polska na administrację publiczną wydaje mniejszą część dochodu narodowego niż większość krajów Unii Europejskiej), ale niezbędne do normalnego funkcjonowania społeczeństwa.

Nasz archaiczny interfejs działa jednak na tyle nieźle, że w większości swych funkcji jest przezroczysty jak powietrze, którym oddychamy. Stąd złudzenie młodych ludzi, że ucieczka w prywatność, to sposób na wylogowanie się z systemu. Stąd brak zainteresowania, jak on działa i wiara, że aby go zmienić, wystarczy okazać swoje niezadowolenie: jak przy obiedzie, gdy mama ugotuje coś, czego nie lubimy.

Problemem młodych ludzi nie jest to, że ich rodzice są wyjątkowo złymi kucharzami. Jeśli coś można zarzucić rodzicom, to raczej nadopiekuńczość zbyt długo izolującą młodych od mniej przyjemnych aspektów rzeczywistości. Prawdziwy problem polega na tym, że świat jest coraz bardziej złożony, więc interfejs tego systemu także. Korzystanie z niego jest coraz bardziej skomplikowane, a jego sensowne modyfikacje coraz trudniejsze. To może być frustrujące. Wyrastające w komunizmie pokolenie ich rodziców miało pod tym względem lepiej – wzorzec lepszego systemu był gotowy, wystarczyło kopiować cudze wzory. Obecny kryzys, w którym Polska radzi sobie znaczne lepiej, niż jej dotychczasowi nauczyciele, pokazuje, że już nie mamy się od kogo uczyć.

Na to ani rodzice, ani ich dzieci nie są przygotowani. Przez dwadzieścia lat transformacji kultura gwarantującego sukces naśladownictwa zakorzeniła się u nas bardzo mocno. Ale dziś to już nie wystarcza. Rodzice już nie ugotują dzieciom smaczniejszych obiadów. Jeśli młodzi chcą czegoś lepszego, muszą sami pofatygować się do kuchni tego systemu, jaką jest polityka (wbrew Kuczyńskiemu, mam nadzieję, że jednak nadal partyjna). To zajęcie nudne i brudne. Jest jednak nadzieja, że jak się trochę ubrudzą, może stracą cześć złudzeń, ale nauczą się samodzielnie myśleć.

 

List otwarty do Społeczeństwa Obywatelskiego 

marzec 2011

Szanowne Społeczeństwo Obywatelskie,

W ostatnich tygodniach zdałem sobie sprawę, jak ciężkich wykroczeń dopuściłem się w trakcie publicznej debaty na temat OFE. Nie chcę skończyć jak Józef K, który do końca nie rozumiał, na czym polega jego wina. Ja już zrozumiałem i chciałem się przyznać. Nie wiem tylko, jak dotrzeć do Tego, który będzie podejmował decyzję w mojej sprawie. Usiłowałem to zrobić w trakcie poświęconej OFE debaty zorganizowanej przez Prezydenta Komorowskiego. Niestety, ze względu na nałożone limity czasowe wypowiedzi moje wyznanie winy było dalece niepełne, a w relacjach prasowych i tak zostało zredukowane do kwestii drugorzędnych. Rozumiem decyzję dziennikarzy, którzy w swych przekazach skoncentrowali się przede wszystkim na wypowiedziach profesorów Hausnera i Balcerowicza – wszak to oni w sposób najbardziej wszechstronny i trafny scharakteryzowali przedmiot debaty. Nie zmienia to faktu, że moja sytuacja jest naprawdę trudna. Mam jednak nadzieję, że tą drogą uda mi się dotrzeć do Prawdziwych Decydentów – przyznanie się do winy zanim zapadnie wyrok to moja ostatnia szansa.

Ale zacznijmy od początku. Jestem tylko ekonomistą i nie znam się na prawie, a Konstytucję Rzeczpospolitej – wstyd się przyznać - zaledwie przejrzałem. Kiedy więc prof. Balcerowicz i prof. Hausner ogłosili, jak daleko rząd może się posunąć w kwestii zmian systemu emerytalnego pomyślałem, że mamy w polskim parlamencie trzecią izbę, w skład której wchodzą byli wicepremierzy, a izba ta decyduje jakie przedłożenia rządowe mogą trafić pod obrady pozostałych izb naszego parlamentu, a jakie nie. Znajomy prawnik wytłumaczył mi jednak, że się mylę, a wspomniani profesorowie są wysłannikami Społeczeństwa Obywatelskiego. Społeczeństwo obywatelskie, jakie znam, to po prostu społeczeństwo, którego obywatele – indywidualnie lub zrzeszeni w organizacje - angażują się w kwestie publiczne. Dlatego sadziłem, że ja też jestem częścią społeczeństwa obywatelskiego. Ale chyba nie o to społeczeństwo obywatelskie chodzi, skoro nikt nie postuluje by rząd zawarł ze mną kompromis w sprawie OFE, a tak wielu wypowiadających się w kwestii OFE uważa się, że kompromis z Balcerowiczem i Hausnerem, jako wysłannikami Społeczeństwa Obywatelskiego jest absolutnie niezbędny. Nie wiem, kim lub czym, jest owe Społeczeństwo Obywatelskie, ale musi być bardzo potężne i groźne, skoro wspomniani publicyści z dobrego serca przestrzegają demokratycznie wyłoniony rząd by z nim nie zadzierał. Sądzę, że zwykły obywatel, jakim jestem, tym bardziej powinien się mu bezwarunkowo podporządkować. I to właśnie czynię moim wyznaniem winy.

Po pierwsze wyznaję, że nie rozumiałem jak to jest z tym długiem publicznym. Bardzo spodobał mi się pomysł prof. Balcerowicza, który zainstalował licznik długu w Warszawie, bo sadziłem, że każdy wzrost długu publicznego jest groźny dla gospodarki. Dopiero po wypowiedziach prof. Balcerowicza i prof. Rosatiego zrozumiałem, że z długiem publicznym jest jak z cholesterolem – jest dobry i zły. Zły, to ten, który będzie finansował wypłaty dla żyjących jeszcze emerytów, podwyżki dla nauczycieli, budowę dróg. Dobry dług to ten, który finansuje transfer składek do OFE. Zdaniem prof. Rosatiego cały dług, który już został zaciągnięty jest dobry. Tak sobie tłumaczę jego opinię, że jeśli rząd wprowadziłby jakieś oszczędności w wydatkach publicznych to broń boże nie powinien ich wykorzystać do zmniejszenia długu publicznego, tylko zainwestować za pośrednictwem OFE na giełdzie, bo dzięki temu przyszłe emerytury będą wyższe, może nawet o kilka procent. Oczywiście! Mój błąd polegał na tym, że niewłaściwie zinterpretowałem wynik wyliczenia, z którego wynika, że utworzenie OFE będzie w długim okresie kosztowało budżet rocznie 2%-4% PKB. Skoro całe roczne wydatki na emerytury to około 5% PKB, to wydawało mi się, że jeśli uznamy za absolutnie konieczne podniesienie o kilka procent emerytury, możemy zamiast tworzyć OFE dopłacić do tej emerytury z budżetu. 10% dopłaty do każdej emerytury oznaczać będzie wydatek w wysokości 0,5% PKB, więc po co wydawać 2%-4% PKB? Nie zdawałem sobie sprawy, że dopłacając do emerytur tworzymy zły dług, natomiast dopłacając do OFE, które wypłacają dzięki temu wyższe emerytury tworzymy dobry dług. Przecież OFE, ten cudowny wynalazek generała Pinocheta, zamienia schabowego w ociekający nasyconymi tłuszczami filet z łososia!

Przyznaję też, że zupełnie nie rozumiałem skąd się bierze wzrost gospodarczy, mimo że jako student ekonomii w czasach komunizmu miałem okazję zapoznać się z modelem wzrostu, z którego wynikało, ze wzrost gospodarczy zależy po prostu od stopy inwestycji – im więcej inwestycji, tym większy wzrost. Ta prosta zasada była podstawą komunistycznej polityki gospodarczej – wystarczyło zmusić społeczeństwo do zaciśnięcia pasa i dużo inwestować, a dobrobyt sam miał na nas spłynąć jak manna z nieba. Miliony zagłodzonych na śmierć w ramach tej polityki Ukraińców są najlepszym dowodem słuszności tej polityki – nikt by przecież nie głodził ludzi bez potrzeby. Niestety, kiedy komunizm zbankrutował, nikt mi nie wytłumaczył tej oczywistej dla mnie dziś prawdy, że - jak to zwykle miało miejsce w komunizmie - teoria była dobra, tylko zawiódł tzw. czynnik ludzki. Dlatego arogancko uznałem, że skoro komunizm zbankrutował, to nie powinniśmy dłużej uznawać tej zasady za słuszną. A przecież już kilka lat temu, miałem okazję wysłuchać na jednej z konferencji wystąpienia prof. Gomułki i inż. Jeremiego Mordasewicza, którzy tłumaczyli, że Polska, aby się rozwijać musi podwoić stopę inwestycji z obecnych 20% do co najmniej 40%. Nadal sadziłem, że ważniejsza od stopy inwestycji jest trafność ich alokacji, a tę można osiągnąć pozwalając ludziom i przedsiębiorstwom inwestować tyle, ile uważają za stosowne i w to, co ich, a nie władz gospodarczych, zdaniem przyniesie największe zyski. Nie rozumiałem, że po transformacji, problem czynnika ludzkiego - który tak fatalnie wpłynął na losy komunizmu - został rozwiązany. Zamiast Hilarego Minca, Władysława Gomułki i Piotra Jaroszewicza mamy przecież Jerzego Hausnera, Stanisława Gomułkę i Leszka Balcerowicza. Społeczeństwo Obywatelskie nie jest więc skazane na lekkomyślne decyzje zwykłych obywateli.

Mój upór w trwaniu w błędzie wynikał jak sadzę, z prostackiego rozumienia idei liberalizmu i wynikających z niego poglądów na rolę państwa. Sadziłem, że liberalizm to afirmacja wolności, a przymus to jej zaprzeczenie. Ograniczenie wolności dopuszczalne jest tylko w stopniu, w jakim chroni wolność innych. Państwo jest właśnie przede wszystkim po to, by chronić naszą wolność, a także, by zapewnić co najmniej minimum egzystencji tym obywatelom, którzy z niezależnych od nich powodów sami sobie jej zapewnić nie są w stanie – bo brak takiego minimum, to także drastyczne ograniczenie wolności obywatelskiej. Dopiero przedstawione w czasie debaty o OFE argumenty wysłanników Społeczeństwa Obywatelskiego pozwoliły mi zrozumieć, jak bardzo się myliłem. W przypadku przymusu także bowiem obowiązuje zasada zdrowej diety: istnieje dobry przymus i zły przymus. Bo przymus może być liberalny, albo socjalny. Próba rezygnacji z liberalnego przymusu to etatyzm. Państwo też jest złe lub dobre, w zależności od tego, do jakiego rodzaju przymusu się ucieka. Gdy państwo nie chce obniżyć podatków, bo chce wypłacać świadczenia socjalne, albo finansować oświatę, to jest to ten zły przymus. Ale zawarte dziesięć lat temu porozumienie między rządem, związkami zawodowymi i organizacjami przedsiębiorców zmuszające obywateli do inwestowania na giełdzie to dobry przymus. Nie można z niego rezygnować, pozwalając obywatelom by sami zdecydowali, gdzie ma być przekazywana ich składka emerytalna, nawet, jeśli miałoby to być przeprowadzone stopniowo, tak by nie wywoływać zamieszania na rynkach finansowych. Także ograniczenie takiego przymusu dla zapewnienia większej stabilności emerytur byłoby szkodliwym etatyzmem. Nie wolno też ograniczać dobrego przymusu w celu zmniejszenia długu publicznego i w dłuższej perspektywie podatków. To też jest etatyzm, którego liberalnie nastawieni wyborcy rządzącej partii, nie mówiąc już o Społeczeństwie Obywatelskim, nigdy tej partii nie wybaczą.

Podobnie jest z Państwem. Państwo, które nakłada na obywateli obowiązek udzielania mu pożyczki w formie składki ubezpieczeniowej, to państwo złe, a jego zobowiązania to puste obietnice polityków, bo przecież ciecia emerytur to niezawodnym sposób na zwycięstwo w wyborach. Co więcej, obywatele mogą odmówić płacenia składek i wtedy państwo, nawet gdyby chciało, nie będzie w stanie spłacić swoich długów wobec emerytów. Natomiast państwo, które zadłuża się na rynku i przekazuje te pieniądze OFE, to dobre państwo, a przyszli emeryci mogą spać spokojnie. W części, którą OFE inwestują nie giełdzie nie ma mowy o niedotrzymaniu zobowiązania, bo żadnego zobowiązania nie ma – OFE do wypłaty jakiejkolwiek konkretnej sumy z inwestycji w akcje się nie zobowiązuje. Z kolei część inwestowana w obligacje jest bez porównania bardziej bezpieczna niż pieniądze wypłacane z ZUS. Im więcej bowiem państwo emituje akcji na rynku, tym łatwiej jest mu ten dług spłacać. Nie rozumiałem tego dopóki Janusz Jankowiak w trakcie debaty nie zwrócił mi uwagi na problem płynności i koncentracji ryzyka. Im mniej państwo emituje długu, tym mniej płynny jest rynek obligacji i tym mniej jest inwestorów posiadających te obligacje, czyli budżet jest coraz bardziej zależny od coraz mniejszej liczby inwestorów. W najgorszej sytuacji są kraje mające dług w wysokości zaledwie kilku procent PKB. Te kraje cały czas balansują na granicy niewypłacalności. Dlatego właśnie tak wiele krajów ma dług publiczny około 80% PKB, a tak niewiele w okolicy 8%! Propozycja rządu by część składki dotychczas inwestowanej przez OFE w obligacje przekazać do ZUS to niechybna droga do katastrofy gospodarczej.

Po tym jak gwałtownie Leszek Balcerowicz w trakcie debaty prezydenckiej zareagował na wypowiedź, która mogła być zrozumiana jako przypisywanie mu chęci obrony OFE, ja także deklaruję, że w żadnym wypadku nie chcę bronić OFE. Chciałem tylko zasugerować rozwiązanie, które pozwoliłoby Powszechnym Towarzystwom Emerytalnym uniknąć niezręcznej sytuacji w jakieś się obecnie znajdują i zapobiec znacznie bardziej niezręcznej sytuacji, w jakiej mogą się znaleźć w przyszłości. Wydawało mi się, że prywatne firmy lepiej odnajdują się w sytuacji, gdy ich klienci kupują ich usługi na zasadzie dobrowolności, a to, ilu klientów powierzy im ile pieniędzy, zależy od tego, jak skutecznie potrafią konkurować z innymi prywatnymi firmami oferującymi podobne usługi. Dlatego sugerowałem by OFE docelowo włączyć do III filaru systemu emerytalnego. Sytuacja, w której PTE zmuszone są do inwestowania składek zebranych pod groźba sankcji prawnych rodzi ryzyko pojawienia się podejrzeń, których także ja, mimo wielkiego wysiłku, nie byłem w stanie się pozbyć, że OFE wcale nie są prywatnymi funduszami inwestycyjnymi, tylko funduszem państwowym, a PTE to agenci państwa. Od tego już tylko krok do pomówienia, że emeryci służą tylko do zamaskowania istoty tego przedsięwzięcia i pełnią rolę podobną do pełnionej przez tzw. „słupy” w przedsięwzięciach biznesowych wielokrotnie opisywanych w kronikach policyjnych. Póki aktywa OFE nie przekraczają kilkunastu procent PKB, łatwo całe przedsięwzięcie przedstawić jako zdrowe, liberalne wsparcie dla znajomych „pragnących się sprawdzić w biznesie”. Ale docelowo – o ile PTE nie będą na tyle roztropne, by ponieść wielkie straty na swoich inwestycjach – ich aktywa osiągną co najmniej 70% PKB. Na dodatek pierwotnie wielu publicystów, którzy jak mi się wydaje, także pracują dla Społeczeństwa Obywatelskiego tłumaczyło, że zabranie OFE składki inwestowanej obecnie w obligacje jest niedopuszczalne bo OFE inwestowałyby te pieniądze na giełdzie, gdyby tylko wprowadzone limity inwestycyjne im tego nie uniemożliwiały. 70% PKB na giełdzie, której teraz kapitalizacja wynosi 50%? Nawet, jeśli w momencie dojścia do tych 70% giełda będzie miała 100% PKB, jak to się teraz zdarza najbardziej rozwiniętym krajom, 70% w rękach państwowego funduszu inwestycyjnego wydawało mi się planem interwencjonizmu państwowego na niespotykaną dotychczas skalę. Teraz rozumiem, że moja choć tylko połowiczna próba obrony OFE była zupełnie niepotrzebna. O ile bowiem istnienie państwowych przedsiębiorstw to etatystyczny skandal, z którym trzeba jak najszybciej skończyć przez przyspieszenie prywatyzacji, to kupowanie przez państwo akcji prywatnych przedsiębiorstw na giełdzie, to przejaw zdrowego liberalizmu – podobnie jak przejawem liberalizmu było sprzedanie wielkiego polskiego przedsiębiorstwa państwowego innemu wielkiemu państwowemu – tyle, że francuskiemu – przedsiębiorstwu. Jeszcze bardziej się uspokoiłem, gdy wpadłem na pomysł, że nie trzeba inwestować w giełdę aż 70% jej wartości, by zapewnić liberalnemu państwu efektywna kontrolę nad rodzimym rynkiem kapitałowym. Wystarczy jakieś 30% PKB, resztę można zainwestować zagranicą. Wydawało mi się to bardzo dobrym pomysłem. Przecież wiadomo, że biedne kraje są importerami kapitału, a bogate eksporterami. Do tej pory Polska była importerem netto kapitału na dużą skalę i dlatego była biedna. Teraz dzięki liberalnemu projektowi państwowego funduszu inwestycyjnego nazywanego - dla podkreślenia wartości, jaką dla prawdziwych liberałów jest własność prywatna – prywatnymi funduszami emerytalnymi, Polska będzie w stanie zmusić swoich obywateli do wyeksportowania ich oszczędności na wielką skalę około 40% PKB. Nie ulega wątpliwości, że tylko bardzo bogaty kraj może sobie na to pozwolić, ergo, dzięki OFE wzrost gospodarczy gwałtownie przyspieszy, bo tylko w ten sposób za kilkadziesiąt lat Polska może stać się jednym z najbogatszych krajów świata.

I tu dochodzę do mojej największej winy. Muszę wyznać, że nie rozumiem, dlaczego prof. Balcerowicz w trakcie debaty u Prezydenta uznał, że zwiększanie udziału akcji w inwestycjach OFE byłoby niedopuszczalnym eksperymentem na skalę światową. Przecież koncepcja liberalizmu opartego na przymusie i podziału długu publicznego na dobry i zły to też eksperymenty na skalę światową, do których prof. Balcerowicz nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. O co chodzi? Im groźniejszą minę robił Pan Profesor piętnując rządowy projekt, tym trudniej było mi go zrozumieć. Wydawało mi się, że twierdził, iż literatura ekonomiczna pokazuje, że najszybszy wzrost gospodarczy można osiągnąć, jeśli państwo zaciąga dług na wielką skalę, a fundusze emerytalne ten dług kupują. Ja sobie nie przypominam takich prac, choć muszę przyznać, że jest bardzo prawdopodobne, iż coś ważnego umknęło mojej uwadze. Mam nadzieję, że debata prof. Balcerowicza z ministrem Rostowskim pozwoli mi zrozumieć tę najnowszą koncepcję wysłanników Społeczeństwa Obywatelskiego i przyznać się do kolejnego błędu.