najnowsze

Tendencje demograficzne w Polsce są znacznie bardziej niebezpieczne, niż by to wynikało z samych prognoz demograficznych. Fakt, że Naród nam się kurczy i starzeje, skłonił bowiem polityków do podjęcia szeregu działań. Były to działania nie tylko słuszne, ale także bardzo dobrze przyjęte przez  wyborców. Niestety, te które zostały dobrze przyjęte, nie były słuszne, a za te, które były słuszne, ich sprawcy zostali dość surowo ukarani. Bardzo niebezpiecznym złudzeniem było uznanie, że kapitałowy filar systemu emerytalnego może w sytuacji starzejącego się społeczeństwa uzdrowić finanse publiczne, zapewniając jednocześnie godziwe emerytury. PO radykalne ograniczyła to szalone, wiodące wprost do załamania finansów publicznych rozwiązanie i wprowadziła w jego miejsce ze wszech miar słuszne podniesienie wieku emerytalnego. Kosztowało to PO mniej więcej tyle, ile na  obronie OFE zyskała Nowoczesna.  Politycy się szybko uczą, więc po triumfalnym zwycięstwie wyborczym hasła „500 zł na każde dziecko” ruszyła licytacja bardzo hojnych i bardzo groźnych postulatów.

Wiadomo na pewno, że wszystkie te pomysły, począwszy od przegłosowanej już ustawy PiS, po bogaty i dość dziwaczny zestaw działań zaproponowanych przez Nowoczesną, jeśli zostaną wprowadzone, będą kosztowały podatników bardzo dużo. I to wszystko, co na pewno o nich wiadomo. Wszystkie konstruowane były według zasady:  jeśli A spowodowało B, a B ma pewne negatywne konsekwencje, to trzeba usunąć A. W tym przypadku A to oczywiście spadek urodzin. Spróbujmy więc zwiększyć skłonność Polaków do rozmnażania się. A jak się ma tylko jeden pomysł, to się nie dyskutuje o tym, czy będzie skuteczny. A przecież jest oczywiste, że to nie czynniki ekonomiczne są decydujące dla liczby urodzin – chyba, że ktoś uważa, że w komunistycznej Polsce pięć lat po zakończeniu II wojny światowej, żyło się lepiej niż teraz. Co więcej, nawet jeśli zasypane świadczeniami rodziny zaczęłyby mnożyć się z szybkością drożdży, wyraźny pozytywny wpływ tego zjawiska dla wzrostu liczby pracujących pojawił by się po 20 lub więcej latach. W tym czasie pierwszy powojenny wyż demograficzny będzie już dogorywał na niskich emeryturach, a biedni pracujący byliby obciążeni podwójnie – zwiększoną liczbą emerytów i nowym boomem demograficznym.

Czy można tego uniknąć? Owszem. Może nie jest to bardzo proste technicznie rozwiązanie, a jego popularność wśród wyborców nie mogłaby się równać z 500+ i jego „udoskonalonymi” wersjami, ale merytorycznie obarczone znacznie mniejszym ryzykiem. Takim alternatywnym rozwiązaniem byłoby zwiększenie aktywności zawodowej Polaków, w tym także w przedziale wiekowym 60 – 70 lat.

Zacznijmy od bardziej precyzyjnego, niż zwykle to ma miejsce w publicystyce, zdefiniowania problemu. Tym, co wzbudza niepokój, są długoterminowe  prognozy demograficzne pokazujące, że ludzie będą żyli coraz dłużej, a już od dłuższego czasu liczba urodzeń spada, co razem musi powodować starzenie się społeczeństwa. W efekcie będziemy mieli coraz więcej osób w wieku powyżej 64 lat i coraz mniej w wieku 15 – 64. Z prognozy demograficznej GUS wynika, że w 2050 roku proporcja liczebności pierwszej, do liczebności drugiej, z tych grup będzie ponad dwukrotnie większa niż obecnie. Ponieważ wydatki na emerytury już dziś stanowią bardzo poważne obciążenie finansów publicznych, perspektywa, że na każdą osobę w wieku powyżej 64 lat będą przypadały nie, jak dziś, ponad cztery, ale tylko niecałe dwie osoby pracujące wygląda alarmująco. Na dodatek, jeśli nadal będzie się rodziło tak mało dzieci, ludność Polski, mimo dłuższego przeciętnego życia będzie się kurczyć, co m.in. będzie miało negatywny wpływ na dynamikę PKB, nie mówiąc już o mocarstwowych marzeniach niektórych Polaków.

Jeśli  jednak nie marzymy o Polsce od morza do morza i bardziej zależy nam na dobrobycie wszystkich żyjących, a nie taniej sile roboczej, czy obronie życia jeszcze niepoczętego (do czego sprowadza się traktowanie wzrostu urodzeń jako wartości samej w sobie) to podstawowym wskaźnikiem, jaki powinien nas interesować, powinna być wysokość PKB na głowę (dla uproszczenia pomijam inne wskaźniki jakości życia, nie uwzględnione w PKB, ale wszystkie one zależą od wielkości różnych zasobów i strumieni dóbr oraz usług, także na głowę obywatela). Ten wskaźnik z kolei zależy od proporcji między liczbą niepracujących do liczby pracujących oraz wydajności pracy pracujących. Wśród niepracujących są także osoby w wieku 15-64 lata, wśród pracujących osoby powyżej 64 roku życia. Pierwszy z wymienionych wskaźników zależy także od liczby dzieci w wieku 0-14 lat. Wskaźniki, które najczęściej wymieniane są jako źródło zagrożeń związanych z sytuacją demograficzną, gubią więc kilka istotnych informacji. Wzrost aktywności zawodowej, spadek bezrobocia i spadek liczby dzieci może rekompensować wzrost liczby osób starszych, które już nie pracują. W jakim stopniu? Proste obliczenia pozwalają z grubsza oszacować skutki takich zmian w strukturze wiekowej i aktywności zawodowej.

Obliczenia te polegają na porównaniu obecnego poziomu zatrudnienia i liczby osób niepracujących z wielkością zatrudnienia i liczba osób niepracujących roku 2050, przy założeniu, że liczba osób w poszczególnych grupach wiekowych będzie taka, jak przewiduje prognoza demograficzna GUS, natomiast poziom współczynników aktywności zawodowej i stopy bezrobocia są celami polityki społecznej i gospodarczej.

Okazuje się, że wzrost współczynnika aktywności zawodowej dla ludności w wieku  15-75 lat z poziomu 57,1% w 2015 r. do poziomu 65% i spadek stopy bezrobocia do 5%  w 2050 r. powoduje, że mimo iż, zgodnie z prognozą ZUS, ogólna liczba ludności spada o ponad 4,5 mln, wielkość zatrudnienia spadnie tylko o około 1,2 mln. W rezultacie wskaźnik liczby niepracujących do pracujących z poziomu ponad 1,25 w 2013 r. obniżyłby  się do około 1,15 w 2050 roku! Zupełnie inna byłyby jednak struktura osób pozostających na utrzymaniu pracujących. Radykalnie spadłaby liczba osób niepracujących w wieku produkcyjnym, dość wyraźnie liczba dzieci, natomiast liczba osób starszych, które by musiał utrzymać statystyczny pracujący, podwoiłaby się.

Czy taki wzrost aktywności zawodowej i spadek stopy bezrobocia jest realny? Aby go osiągnąć trzeba w najaktywniejszych zawodowo grupach wiekowych 25 – 54 podnieść wskaźnik aktywności do około 90%, czyli poziomu jaki  już dziś występuje w Szwajcarii w tej grupie wiekowej. W przedziale 55-64 trzeba podnieść poziom aktywności też do obecnego poziomu Szwajcarii, czyli 74%. Natomiast w grupie pracujących w wieku 65-74 osiągnąć wskaźnik około 15%. W Szwajcarii wynosi on obecnie niecałe 12%, ale już w Szwecji osiąga obecnie ponad 16%. Osiągniecie przyjętych celów za 34 lata, przy wzroście  zamożności społeczeństwa, wyższym poziomie medycyny, zmianach trybu życia, wyższych płacach i  ograniczaniu udziału najbardziej uciążliwych rodzajów pracy w ogólnej liczbie miejsc pracy nie wydaje się bardzo ambitnym zadaniem. Zwiększając dodatkowo aktywność osób w wieku 65+ oraz dość niską, w porównaniu z innymi krajami, w przyjętych założeniach aktywność młodzieży w wieku 15- 24 lata można osiągnąć jeszcze lepsze wskaźniki.

Taka polityka wymaga jednak zupełnie innych priorytetów niż licytowanie się, kto da więcej i na które dziecko. Zamiast wydawania ogromnych pieniędzy na wątpliwy wzrost liczby urodzin, trzeba wrócić do koncepcji lepszej publicznej opieki nad dziećmi. Za kilkanaście lat celowe będzie rozważenie dalszego podniesienia wieku przechodzenia na emeryturę. Musi temu towarzyszyć wzrost nakładów  na permanentne kształcenie i doradztwo zawodowe oraz poprawa ich jakości, lepsza opieka medyczna, a także nowe regulacje na rynku pracy zachęcające pracodawców do tworzenia miejsc pracy bardziej odpowiadających możliwościom ludzi starszych. Przy spadku liczby pracujących takie zmiany, a także wyraźne obniżenie stopy bezrobocia, będzie łatwiejsze.

Taka strategia radzenia sobie ze zmianami demograficznymi miałaby także  pozytywny wpływ na tempo wzrostu wydajności pracy. Po pierwsze, spadek liczby ludności oznaczałby szybszy wzrost relacji kapitał/praca, a także – ze względu na spadek udziału w inwestycjach nakładów na  budownictwo mieszkaniowe, rolnictwo, infrastrukturę komunikacyjną, które charakteryzuje wysoka kapitałochłonność – wzrost produktywności kapitału. Z kolei spadek wydajności spowodowany mniejszą sprawnością psychofizyczną  osób starszych będzie rekompensowany ich większym doświadczeniem zarówno zawodowym, jak i społecznym.

W porównaniu ze scenariuszem zwiększonej dzietności, wzrost aktywności zawodowej, przy malejącej liczbie ludności, ma także inne korzyści: wyższy poziom płac i  emerytur, wyższa  jakości życia  (zdrowie, mieszkania, transport). Bardzo ważny byłby także niższy poziom bezrobocia, będącego jednym z najważniejszych źródeł ubóstwa i patologii społecznych. Do tego można dodać łatwiejszą sytuację zawodową kobiet oraz - last but not least –  mniejszą degradację środowiska naturalnego.

Wszystkie te zmiany wcześniej, czy później, doprowadziłyby także do wzrostu dzietności. Nie grozi więc Polsce, że w drugiej połowie XXI wieku dzieci będą rodzić się tak rzadko, jak dziś białe tygrysy w ZOO.

 I tylko jedna, ale bardzo poważna trudność musi być pokonana – chodzi o takie zmiany jakości życia publicznego, by wyborcy potrafili odróżnić, co jest dla nich dobre, a co złe, i nie wybierali polityków, którzy starają się zdobywać popularność kłamstwem i rozdawnictwem cudzych pieniędzy.



Antyliberalny liberalizm 2015.11.27.

Od początku kryzysu polityka finansowa rządu była ostro krytykowana zarówno przez partie opozycyjne, jak i wielu znanych ekonomistów. Choć z upływem lat kolejne przepowiednie gwałtownej katastrofy finansów publicznych nie potwierdziły się, do dzisiaj zarówno politycy PiS jak i uważani za reprezentatywnych przedstawicieli liberalizmu ekonomiści zadziwiająco zgodnie powtarzają te oskarżenia. Najnowszy przykład takiego ataku to tekst Janusza Jankowiaka (GW 4 XI 2015 ), który określa politykę Rostowskiego w okresie kryzysu jako „rozpaczliwe, nieplanowane, chaotycznie wprowadzane działania…” Rostowski jakoby „poruszał się … po chybotliwej grani… aż wreszcie doszedł do przepaści”. „To dlatego trzeba było zniszczyć OFE….” „I od tego czasu… datuje się silny zjazd poparcia dla PO. Wszyscy to wiedzą. Z wyjątkiem Rostowskiego?” Wtóruje mu Ryszard Petru, zarzucający Rostowskiemu utratę kontroli nad finansami publicznymi.

A jakie są fakty? W latach 2007 – 2013 Polska odniosła niebywały sukces osiągając skumulowane tempo wzrostu o ponad 20 punktów procentowych wyższe niż średnia w UE i o 10 punktów procentowych wyższe od drugiego pod względem wzrostu kraju, czyli Słowacji. Takiej różnicy w tempie wzrostu w stosunku do reszty Europy nie odnotowaliśmy nigdy w historii nowożytnej. Co więcej, wzrost ten nie został okupiony, ani istotnym naruszeniem równowagi ekonomicznej, ani zmianami systemowymi, które mogłyby być zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego w długim okresie. W rankingu Doing Bussines Polska awansowała w tym czasie o kilkadziesiąt pozycji i dziś jest notowana wyżej niż Francja, czy Szwajcaria. Zagranica też chwaliła Polskę za użytek jaki zrobiła ze swojego wzrostu gospodarczego dla poprawy dobrobytu obywateli. Deficyt w handlu zagranicznym spadł prawie do zera, inflacja poniżej zera. Wprawdzie dług publiczny jest wyższy niż przed kryzysem, ale nadal jest to wysokość bezpieczna, a wzrost relacji długu publicznego do PKB (będącej podstawowym wskaźnikiem stabilności finansów publicznych) należał do najniższych w UE.

Polacy mający genetycznie uwarunkowaną niechęć do chwalenia własnych rządów, są w większości równie krytyczni wobec polityki ostatnich lat, jak Jankowiak. Nie czuję się kompetentny odpowiedzieć dlaczego, bo to zadanie dla przedstawicieli innych niż ekonomia nauk społecznych. Zdrowy rozsądek podpowiada, że ten wielki sukces można ocenić porównując zmiany w Polsce do zmian w innych krajach. W porównaniu z wcześniejszymi latami poprawa w Polsce była dość skromna, bo w czasach globalnego kryzysu inna być nie mogła. Ale międzynarodowe porównania dynamik wzrostu umykają czysto intuicyjnym ocenom. Te ostatnie odwołują się do poziomu dobrobytu, a nie skali zmian, a tu nadal dzieli nas znaczny dystans do najbogatszych, mimo że w tych krajach, zamiast choćby skromnej poprawy, zanotowano pogorszenie sytuacji gospodarczej.

Jednak od ekspertów ekonomicznych można oczekiwać czegoś więcej. Okazuje się jednak, że także większość z nich (a przynajmniej większość z tych, którzy wypowiadają się na ten temat publicznie) uważa, że owszem, Polska w latach kryzysu odniosła sukces gospodarczy, ale raczej mimo, niż dzięki, polityce rządu. Uzasadnia się taką ocenę wskazując, że polski system bankowy nie miał złych aktywów, płynny kurs pomógł eksporterom, a środki unijne pozwoliły realizować wielkie programy inwestycyjne.

Dużo w tym prawdy, ale też i pomijania ważnych okoliczności. Jaskrawym przykładem takiej stronniczości jest wskazywanie na deprecjację złotego, jako na jeden z głównych powodów odporności polskiej gospodarki na kryzys. A przecież deprecjacja nie była reakcją na utratę przez Polskę konkurencyjności (ta nie uległa osłabieniu), ale spowodowana została odpływem kapitału z peryferii do centrów finansowych świata, w wyniku paniki spowodowanej upadkiem banku Lehman Brothers. Zwolennicy tezy o dobroczynnym wpływie osłabienia złotego na zdobycie przez Polskę statusu „zielonej wyspy” powinni więc uznać, że w warunkach załamania zaufania na rynkach finansowych ucieczka kapitału jest dobrodziejstwem, a jego napływ – katastrofą. Do tej pory jednak ci sami eksperci zawsze twierdzili, że napływ kapitału jest dobrodziejstwem dla rozwoju Polski.

Jeśli chodzi o inne, bardziej rozsądne, argumenty, należałoby zadać pytanie: skoro te czynniki były tak ważne, to dlaczego inne kraje naszego regionu nie osiągnęły podobnych sukcesów? Dotychczas nie padł żaden argument ekonomiczny, który by tłumaczył dlaczego tylko Polska, i w znacznie mniejszym stopniu Słowacja, skorzystały na powyższych różnicach w stosunku do krajów strefy euro. Jedyny argument, jaki krytykom rządu pozostał, to utrzymana w duchu narodowej tromtadracji apoteoza Polaków, którzy po prostu są o niebo lepsi od innych nacji. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego ten geniusz Polaków nie ujawnił się z taką siłą we wcześniejszych latach, kiedy nawet autostrad za unijnie pieniądze nie potrafiliśmy wybudować?

Oczywiście, polityka rządu była tylko jednym z czynników wpływających na sytuacje gospodarczą w okresie kryzysu, czego żaden obrońca polityki rządu nie kwestionuje. Przytoczone wyżej argumenty uzasadniają jednak tezę, że rola rządu w tym sukcesie była jednak istotna. Skąd więc tak zaciekła krytyka?

Polska na progu transformacji była krajem o ogromnych przerostach państwa w gospodarce, a różne świadczenia społeczne stanowiły dla finansów publicznych bagaż nie do udźwignięcia i demotywowały do wydajnej pracy. Ukształtowana w tym czasie i podzielana przez większość ekonomistów opinia, że państwo i świadczenia socjalne to najwięksi „wrogowie” zdrowej gospodarki jest do dziś podtrzymywana przez środowiska biznesowe i związanych z nim ekonomistów. Propagowanie takiego „darwinizmu” ekonomicznego leży po prostu w ich interesie, choć dziś Polska gospodarka pod tymi względami wcale nie jest mniej liberalna niż większość krajów wysoko rozwiniętych. Nie wynika stąd, że żadne reformy strukturalne nie są nam już potrzebne, ale oznacza przynajmniej tyle, że nie trzeba ich wprowadzać metodą wielkiego szoku w stylu programu Balcerowicza z 1990 r. Co więcej, że w pewnych sytuacjach interwencja państwa ( na przykład w formie antyrecesyjnej stymulacji zwiększonymi wydatkami lub zmniejszonymi podatkami) jest uzasadniona, mimo iż musi powodować przejściowy wzrost deficytu i długu publicznego. I że reformy ograniczające wydatki publiczne powinny być przeprowadzane w okresie dobrej koniunktury, a nie złej, bo wtedy krótkoterminowe koszty takich reform mogą okazać się na tyle wysokie (na przykład 21% spadku PKB, jakiego w pierwszej fazie kryzysu doświadczyła Łotwa), że stają się kosztami długoterminowymi (Łotwa w 2014 r. nadal nie osiągnęła poziomu PKB z 2007 r.) To nie jest wymysł Rostowskiego, czy populistów ze skrajnie lewicowych ugrupowań. Po doświadczeniach kryzysu, jest to raczej dominujący nurt ekonomii (także w MFW, którego opinie pro-biznesowi ekonomiści w ostatnich latach raczej przemilczają, choć kilka lat wcześniej były one dla nich niepodważalną wyrocznią).

Co więcej, obecnie odpowiedź na pytanie, jakich reform Polska najbardziej potrzebuje, nie jest już tak oczywista, jak w latach 90-tych ubiegłego wieku. Najlepszym przykładem jest zaciekłość z jaką ekonomiczni darwiniści atakowali zmiany w OFE, mimo ogromnych kosztów dla finansów publicznych utworzenia kapitałowego filaru systemu emerytalnego według pierwotnych założeń. A koszty te byłyby wielokrotnie wyższe niż krytykowany równie gorąco (i słusznie) przez tych samych ekonomistów projekt PiS obniżenia wieku emerytalnego! (Szerzej o kosztach OFE w artykule " OFE - konstytucyjny obowiązek podwójnego płacenia za jedną emeryturę? ”).

Oczywiście ekonomia to nauka empiryczna, na dodatek praktycznie pozbawiona możliwości przeprowadzania powtarzalnych eksperymentów, więc każda jej teza to tylko mniej lub bardziej (w świetle znanych faktów) potwierdzona hipoteza. Królującego w Polsce darwinowskiego liberalizmu nie można więc uznać za absurd, choć upieranie się przy nim wymaga bardzo głębokiej wiary. Z pewnością w ugruntowaniu tej wiary pomaga często przywoływana teza ekonomii politycznej, że kraje demokratyczne nie są zdolne do przeprowadzenia niezbędnych, ale bolesnych, reform w normalnych warunkach, dopiero głęboki kryzys może je do tego zmusić. Dlatego kryzys był nadzieją tych ekonomistów. Uważali oni jednocześnie, że nie należy sobie zawracać głowy kosztami społecznymi drakońskich reform, bo to jedyna droga do uniknięcia jeszcze bardziej bolesnych następstw braku reform. Ciesząc się poparciem możnych tego świata można więc jednocześnie mieć poczucie misji, bo przecież o zbawienie świata tutaj chodzi, wobec których ewentualne cierpienia najsłabszych ekonomicznie są kosztem pomijalnie małym.

Polityka Rostowskiego dostarczyła mocnych argumentów przeciwnikom darwinizmu ekonomicznego. Okazało się, że demokratyczny kraj unikając wysokich kosztów społecznych jest jednak w stanie, może wolno, ale jednak przeprowadzać reformy (ogromny awans w rankingu Doing Business, jako efekt polityki „ciepłej wody w kranie”, podniesienie wieku emerytalnego, na które nie odważyli się obecni krytycy rządu, gdy sami sprawowali władzę), a utrzymane w duchu keynesowskim interwencje państwa w gospodarkę mogą przynosić kolosalne korzyści dla wzrostu gospodarczego. Jeśli takie argumenty zostaną uznane przez większość opinii publicznej, darwinowska ideologia zbawienia świata legnie w gruzach. Jej zwolennicy najwyraźniej uznali, że to zagrożenie usprawiedliwia posłużenie się każdymi dostępnymi środkami, w tym zwykłymi kłamstwami, skoro (jak głęboko wierzą, tylko chwilowo!) brak twardszych argumentów na obronę wyznawanej wiary. Takim właśnie kłamstwem posłużył się Jankowiak polemizując z tezą, że polityka wysokich deficytów w latach 2009-2010 okazał się dobra dla stabilności finansów publicznych, bo dzięki lepszemu niż w innych krajach wzrostowi PKB wzrost relacji długu publicznego do PKB należał do jednego z najniższych w Europie. Zwolennicy dyscypliny fiskalnej za wszelką cenę zawsze przekonywali, że wzrost długu publicznego będący następstwem braku takiej dyscypliny niechybnie prowadzi do katastrofy. A tu kryzys pokazuje, że nadmierna dyscyplina (darwiniści w ogóle nie akceptują, by cos takiego istniało) może się dla stabilności finansów publicznych okazać jeszcze gorsza! Dlatego Jankowiak posunął się do zwykłego kłamstwa twierdząc, że umiarkowany – na tle innych krajów – wzrost długu publicznego w relacji do PKB to tylko efekt zdrowego systemu bankowego. Gdyby bowiem od przyrostu długu w innych krajach odjąć poniesione przez te kraje koszty dokapitalizowania banków, to „osiągnięcia ministra Rostowskiego przesuwają nas nie na koniec, ale na sam początek listy zadłużonych”. Z danych Eurostatu wynika, że w latach 2007-2013 tylko trzy kraje Unii Europejskiej miały mniejszy przyrost długu w relacji do PKB: Estonia, Bułgaria i Szwecja, a 24 kraje większy. Jeśli od przyrostu długu odejmie się koszty dokapitalizowania banków, wtedy mniejszy od Polski przyrost zadłużenia miały dodatkowo Luksemburg, Niemcy i Austria. Nadal jednak 21 krajów miało większy przyrost zadłużenia. 22 miejsce wśród 28 krajów to jednak nadal koniec, a nie początek listy zadłużonych. Aby nie było żadnych wątpliwości – dane, na podstawie których ustalono powyższe rankingi nie uwzględnia zmian w OFE, które wpłynęły na oficjalne statystyki długu dopiero w 2014 r.

Różnica między wzrostem zadłużenia w Polsce i skorygowanym o koszty kapitalizacji banków zadłużenia w Niemczech wynosiła 6,7 punktu procentowego. Natomiast różnica dynamiki wzrostu PKB w tych samych latach wynosiła na korzyść Polski 16 punktów procentowych. Jankowiak powinien spytać się swoich kolegów z niemieckich organizacji biznesowych, czy gotowi byliby w czasie kryzysu zamienić 6,7 punktu procentowego relacji długu do PKB na 16 punktów procentowych szybszego wzrostu.

Jako zwykłe kłamstwo trzeba też traktować główne hasło partii Nowoczesna, której działacze głoszą powrót do „liberalnych korzeni” przekonując wyborców, że przeniesienie obligacji z OFE do ZUS to ograbienie ludzi z ich oszczędności emerytalnych. Gdyby faktycznie w to wierzyli, powinni już dziś zadeklarować, że rezygnują na rzecz skarbu państwa z części emerytury, jaką dostawać będą z ZUS z tytułu środków przeniesionych do ZUS z OFE (a która podobno została skradziona). Trzeba naprawdę wielkiej wiary w darwinowski liberalizm i poświecenia by w jego obronie zdecydować się na kłamstwo, szczególnie na kłamstwo mające tak krótkie nogi, jak to, którego dopuścił się Jankowiak. Wcześniej, czy później, także ci, którzy niedawno głosowali na Nowoczesną zrozumieją, że ograniczając składkę na OFE rząd nie tylko niczego im nie zabrał, ale ograniczył w ten sposób obowiązek podwójnego płacenia za jedną emeryturę.

Zaskakująco dobry wynik partii Ryszarda Petru może cieszyć zwolenników darwinowskiej wersji liberalizmu. Ale sukces ten blednie przy triumfalnym zwycięstwie sił politycznych o skrajnie antyliberalnych hasłach. Zwycięzcy wyborów równie zaciekle, jak darwiniści, krytykują politykę ciepłej wody w kranie i także robią to w imię wyższych wartości, ale dokładnie odwrotnych niż te głoszone przez Ryszarda Petru. Jedni i drudzy zawdzięczają swój sukces polaryzacji poglądów i postaw, do których propaganda darwinowskiego liberalizmu walnie się przyczyniła. Dlatego ta, ślepa na fakty i logiczne argumenty, wersja liberalizmu w gruncie rzeczy liberalizm kompromituje. Tym samym, być może, otwiera drogę do sukcesu siłom, przy których zwycięzcy ostatnich wyborów mogą być traktowani jako wzór umiarkowania.



Precz z reformami! Niech żyją zmiany! 2014.12.22

Ile razy czytam wywiady z prof. Balcerowiczem, mam przygnebiające wrażenie, że pod względem umiejętności czytania coraz bardziej odstaję od średniej krajowej. Na przykład w Rzeczpospolitej z 17 grudnia 2014 Balcerowicz stwierdza, że „Na podstawie danych, które każdy może sobie sprawdzić, stwierdziłem i podtrzymuję, że w Polsce były dwa okresy przyspieszonych reform. Rządy Mazowieckiego i Bieleckiego oraz potem UW-AWS. W pozostałych okresach zmiany były o wiele wolniejsze.” Każdy może? Ja mam z tym problemy. Wydaje mi się, że danymi mierzącymi tempo reform powinny być jakieś liczby. Gdzie są te liczby? Balcerowicz nie zdradza. W tym jest bardzo konsekwentny. W wystąpieniach publicystycznych często powołuje się na wyniki jakichś badań, które podobno niezbicie dowodzą słuszności jego poglądów, ale informacji źródłowej brak.

W sprawie lat 1990-1991 może trudno o miary ilościowe, ale chyba nie ma wątpliwości, że waga ówczesnych reform jest nie do przebicia, przynajmniej tak długo, jak długo nie grozi nam rewolucja przywracająca gospodarkę centralnie planowaną. Podziw i szacunek dla Leszka Balcerowicza, przede wszystkim za odwagę podjęcia się dzieła szokowych zmian, nigdy nie będą za duże.

Ale jeśli chodzi o okres władzy UW-AWS, sytuacja nie jest już taka oczywista. To, co dla jednych jest wielką reformą, dla innych jest wielkim błędem. Cztery tzw. wielkie reformy z tego okresu na krótką metę pociągały za sobą spore koszty. Oszczędności w długim okresie wydają się dość oczywiste tylko w odniesieniu do reformy emerytalnej i tylko w części wprowadzającej zasadę zdefiniowanej składki w obu filarach nowego systemu emerytalnego. Samo utworzenie drugiego filaru to już ogromne koszty trwające przez kilkadziesiąt lat i bardziej niż mętne obietnice przyspieszenia wzrostu gospodarczego w dłuższej perspektywie. W przypadku reformy systemu ochrony zdrowia, na kosztach się skończyło, bo następny rząd szybko się z tej reformy wycofał. Może gdyby była bardziej dopracowana i przynosiła bardziej wymierne korzyści, taki regres byłby politycznie nieopłacalny. W przypadku reformy samorządowej ocena, czy mamy do czynienia z poprawą jakości władzy samorządowej, a jeśli tak, czy poprawa ta jest dostatecznie duża, by usprawiedliwić koszty funkcjonowania powiatów – nie wiem. I chyba nie tylko mnie odpowiedź na to pytanie sprawia poważne trudności. O reformie oświaty nie chcę się wypowiadać, bo jej wpływ na gospodarkę jest mocno pośredni, a opinie na temat samej reformy – podzielone.

W sumie, duże niekoniecznie znaczy dobre. Duże i niedobre jest gorsze niż żadne, a małe i dobre jest lepsze niż żadne. Wielkie, heroicznie akcje mające ambicje „ruszyć z posad bryłę świata” niekoniecznie więc są efektywniejsze niż przekradanie się do przodu małymi kroczkami zwane przez entuzjastów wielkich projektów modernizacyjnych ciepłą wodą w kranie. Szum wody w kranie może działać usypiająco i utrudnić zauważenie, że woda drąży skałę.

Trzeba więc oprzeć się na jakichś wskaźnikach bardziej obiektywnych niż przekonania samych sprawców zmian systemowych. Najbardziej popularny wskaźnik tego typu to miejsce w rankingu Doing Business. Opracowanie to, niestety, nie obejmuje lat wielkich reform rządu Buzka-Balcerowicza. Na jego podstawie można stwierdzić tylko, że pozycja Polski w tym rankingu w latach 2004-2010 była dość stabilna (wahania o 1-3 miejsca w okolicach 70 pozycji), by w latach 2011-2012 ulec bardzo wyraźnej poprawie do miejsca 59 -62. W 2013 miał miejsce kolejny awans do pozycji 55, a w 2014 do 45. Po zmianie metodologii w 2015 okazało się, że przeliczona na nowo pozycja Polski w 2014 r. to miejsce 30, które w 2015 pogorszyło się do 32. Media oczywiście zauważyły tę niekorzystna zmianę. Skokowa poprawa o 30 pozycji w latach 2007 -2014 przeszła niezauważona – czyżby nie mieściła się w poetyce reform wielkich wielkością cięć wydatków socjalnych?

Kilka indeksów odzwierciedlających oceny zmian systemowych obejmujących lata rządów Buzka-Balcerowicza można jednak znaleźć. Najbardziej z nich znany to Indeks Wolności Gospodarczej. Poniższy wykres pokazuje, jak się on kształtował od 1995 r :

Wydaje się, że najsilniej indeks ten urósł w roku 1996 i 2002, czyli przed przyjściem i po odejściu Balcerowicza z rządu. Jego wzrost od 2008 r. nie jest może bardzo gwałtowny, ale za to stabilny, dzięki czemu w 2014 r. mamy więcej wolności gospodarczej niż w 2001 i w 2002. Na dodatek zdobycze wolnościowe w ostatnio wymienionych latach okazały się bardzo nietrwałe – po przegraniu wyborów przez wielkich reformatorów indeks wolności gwałtownie zanurkował.

Do podobnych wniosków można dojść oglądając The Worldwide Governance Indicators. Dwa najbardziej interesujące dotyczące efektywności rządzenia i jakości regulacji pokazuje następny wykres:


W tym przypadku w latach 1997 – 2002 widać nawet pewien regres w efektywności rządzenia i niewielkim pocieszeniem jest fakt, że w latach 2004 – 2007 było jeszcze gorzej. I znowu polityka ciepłej wody w kranie daje w efekcie stabilny trend wzrostowy, który w przypadku jakości regulacji osiąga poziom znacznie przekraczający wszystko co się działo wcześniej w Polsce. Z efektywnością rządzenia nie jest już aż tak dobrze – 1996 r. był podobno lepszy. Ale od 2010 r. także i pod tym względem rządy „hydraulików” są oceniane lepiej niż wielkich reformatorów, czyli duetu BB.

Powyższe wskaźniki w znacznym stopniu opierają się na subiektywnych ocenach badanych osób, mogą więc nie odzwierciedlać obiektywnych osiągnięć. W uzupełnieniu warto więc porównać dane dotyczące wzrostu gospodarczego i ulubionego wskaźnika ordoliberałów: wysokości wydatków publicznych w relacji do PKB. Oba te wskaźniki są jednak wrażliwe na zmiany koniunktury. Ich porównanie ma więc większy sens, jeśli ich poziom i zmiany porównuje się do analogicznych wskaźników w innych krajach. Tu także duet BB nie zachwyca. W latach 1997 – 2002 wzrost Polski utrzymywał się w pobliżu średniej regionalnej. Nie było też opóźnionych efektów wcześniejszych reform – w latach 2003 – 2007 nadal Polska trzymała się środka stawki. Lepsza od innych krajów regionu była nasza ojczyzna w latach 1992-1996, a przede wszystkim w latach 2008-2013, gdzie przewaga i nad regionem i nad całą UE była po prostu miażdżąca. W efekcie, w latach 1997-2002 w relacji do średniej 28 krajów UE nasz PKB na głowę poprawił się tylko o 1 punkt procentowy, co daje mniej niż 0,2 punktu na rok. Od 2007 do 2013 r. zyskaliśmy pod tym względem 14 punktów procentowych, co daje średnio ponad 1,3 punktu procentowego na rok. Można oczywiście w pierwszych latach tego okresu doszukiwać się opóźnionych efektów wcześniejszej polityki, ale ewentualne zasługi z tego tytułu przypisać można tylko rządowi PiS.

Wreszcie szczególnie ważny dla pasjonatów reform fiskalnych wskaźnik: wydatki publiczne do PKB. Tu także osiągnięcia duetu BB wzbudzają mieszane uczucia. Wprawdzie w latach 1998-2000 udało się obniżyć wydatki z 46,4% PKB w 1997 do 41,1% PKB w roku 2000, ale w następnych dwóch latach ponownie urosły one osiągając 43,8% w 2001 i 44,3% w 2002 roku.

A jak to wyglądało za rządów hydraulików? W 2007 r. wydatki stanowiły 42,2% PKB. W okresie kryzysu wzrosły do 45,4% w 2010 r. by potem spadać aż do 41,9%. Można więc powiedzieć, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Wprawdzie poprawa w 2002 w stosunku do 1997 wyniosła 2,1 punktu procentowego, a w latach 2008-2013 tylko 0,3 punktu procentowego, ale warunki koniunkturalne w obu okresach były zupełnie inne. Osiągnięcia duetu BB w porównaniu z całą UE były skromne, bo ta ostatnia w latach 1998-2002 poprawiła omawianą relację o 1,5 punktu procentowego. „Nadwyżka” BB wyniosła więc 0,6 p.p. W latach 2008-2013 relacja ta w całej UE pogorszyła się o 3,6 p.p. Względna „nadwyżka” hydraulików wyniosła więc 3,9 p.p.

Może są jakieś inne dane, które potwierdzają wyższość reform lat 1998-2002 nad skromnymi zmianami z okresu 2008-2013. Na pewno jednak nie jest łatwo do nich dotrzeć, więc warto by Balcerowicz wskazał, gdzie je można znaleźć. Na razie mam jednak wrażenie, iż Leszek Balcerowicz żyje złudzeniem, jakoby w duecie z Jerzym Buzkiem udało mu się powtórzyć sukces szokowej terapii, dzięki której przenieśliśmy się do lepszego świata. Mam wrażenie, że w tym lepszym świecie metoda wielkich skoków już nie jest tak przydatna, bo i kierunek skoku nie jest już tak oczywisty. Kroki małych zmian mogą w tej sytuacji pozwolić szybciej posuwać się naprzód..

   

 ***

Dziennikarstwo niskich lotów, czyli Gadomski o ornitologii.

Niedawno (Gazeta Wyborcza, 10 listopada) Witold Gadomski pod zabawnym tytułem „O stopach posiedzenie, wśród ptaków poruszenie, podziały w Radzie Polityki Pieniężnej”, opublikował coś, co udaje normalny artykuł prasowy, ale z pewnością nim nie jest. Bo tytuł, to jedyna rzecz, za jaką można Gadomskiego w związku z tą publikacją pochwalić. Gdy czyta się dalszy ciąg, trudno nie odnieść wrażenia, że pisano ją w jakichś nadzwyczajnych okolicznościach, a zmuszony do tego pisania Autor w tym dniu nie czuł się zbyt dobrze. Wszystko mu się myliło, a ponadto z jakiś względów postanowił udawać, że nawet najbardziej podstawowa wiedza o polityce pieniężnej jest mu całkowicie obca.

Przede wszystkim Gadomski usiłuje stworzyć własną historię polityki pieniężnej – sprzeczną nie tylko z oficjalnymi dokumentami NBP, ale nawet z pokazanym na tej samej stronie Gazety Wyborczej wykresem inflacji i stóp procentowych. Gadomski twierdzi, że w sierpniu 1999 r. RPP podniosła główną stopę procentową do 24 proc. , pozostawiła ja na tym poziomie do lutego 2000, a następnie bardzo pomału obniżała. W rzeczywistości poziom 24 proc. stopa referencyjna miała półtora roku wcześniej, w lutym 1998 r.. Potem stopy spadały, aż do 13 proc. w styczniu 1999, by od lutego ponownie rosnąć do poziomu 19 proc. w sierpniu 1999 r. Na tym poziomie pozostawała do stycznia 2001 i dopiero wtedy powoli była obniżana. Nie jest też prawdziwa sugestia, że typowe głosowania za obniżkami przechodziły dzięki głosowi Balcerowicza, przy wyniku głosowania 5 do 5. Na przykład w 2001 r. na 13 głosowań tylko dwa miały takie wyniki. Balcerowicz czasem głosował za, czasem przeciw obniżkom, podobnie jak jastrzębio nastawiony w tym czasie Grabowski, choć ten ostatni nieco częściej przeciw. W sumie jednak w 2001 r. Balcerowicz aż 8 razy głosował tak samo jak Grabowski.

Dość dziwne są też charakterystyki głosowań obecnej Rady. Po pierwsze Autor pomija fakt, że od sierpnia 2010 r. co miesiąc składane były wnioski o podwyżki stóp procentowych. Początkowo jako próba jednorazowej, dość silnej, korekty poziomu stóp. Jednak pierwsza podwyżka przeszła i to jednogłośnie, dopiero w styczniu 2011 r. Poza lutym 2011, w okresie styczeń – lipiec 2011 w każdym miesiącu składane były wnioski o podwyżki stóp procentowych. Potem mieliśmy stopy procentowe na niezmienionym poziomie aż do maja 2012, gdy przegłosowano jedną dodatkową podwyżkę. Autor w zupełnie nieuzasadniony sposób uznał okres od marca 2011 aż do maja 2012 za jeden cykl podwyżek, tylko po to, by pokazać, że największym jastrzębiem w tym czasie był Kaźmierczak. Dlaczego to zrobił i czego to miało dowodzić – nie wiadomo.

Główną niedorzecznością tekstu Gadomskiego są jednak kryteria, według których dzieli on członków RPP na jastrzębie i gołębie. Twierdzi, że według publicystów ekonomicznych, jastrzębie to ci, którzy „uważają inflację za duże ryzyko dla stabilności gospodarki, a w długim okresie – także dla wzrostu gospodarczego”. Gołębiami są natomiast ci, „którzy nie dostrzegają zagrożeń inflacyjnych i skłonni są pobudzać gospodarkę niższymi stopami procentowymi”. „W efekcie jastrzębie częściej głosują za podniesieniem stóp procentowych, albo przeciwko obniżkom”. Dodatkowo sugeruje, że obniżki stóp procentowych to działanie na korzyść rządu. W sumie więc jastrzębie, to ci, którzy kierują się dobrem gospodarki w długim okresie, a gołębie starają się przypodobać rządowi i pomagać mu w osiąganiu krótkookresowych, koniunkturalnych korzyści, nie bacząc na inflację.

Gadomski w imię forsowania tezy o „dobrych jastrzębiach” i „złych gołębiach” udaje, że nie ma zielonego pojęcia o tym, czym jest polityka pieniężna, a w szczególności polityka pieniężna prowadzona zgodnie z zasadami określanymi, jako strategia bezpośredniego celu inflacyjnego. Zasady te, do czasu eksperymentów z niekonwencjonalną polityką pieniężną, były najbardziej rozpowszechnioną metodą prowadzenia polityki pieniężnej przez banki centralne. Nadal wiele krajów taką politykę prowadzi. Także w Polsce realizację takiej strategii deklarowali wszyscy członkowie, wszystkich dotychczasowych Rad Polityki Pieniężnej.

W ramach tej strategii, kierując się wzrostem gospodarczym w długim okresie, jako głównym kryterium, wyznacza się cel inflacyjny – jest to z reguły pewien przedział odpowiadający, na ogół, dość niskiej inflacji, ale zawsze wyższej od zera, gdyż deflacja uważana jest za równie groźną dla gospodarki, jak bardzo wysoka inflacja. Na podstawie badań empirycznych przyjmuje się, że stopy procentowe z opóźnieniem wpływają na poziom inflacji. Dla różnych krajów badania pokazują, że najsilniejszy efekt zmian stóp procentowych występuje po 3 – 8 kwartałach. Prowadzone w NBP badania szacują, że dla Polski opóźnienie to wynosi 4 – 6 kwartałów.

Dlatego banki centralne w swoich decyzjach o poziomie stóp procentowych kierują się przewidywanym – właśnie w horyzoncie właściwym dla opóźnień występujących w danej gospodarce – poziomem inflacji. Gdy przewidują, że inflacja wzrośnie powyżej celu inflacyjnego, wtedy podwyższają stopy procentowe. Gdy przewidują inflację niższą – wtedy je obniżają. Każdy kto podejmuje decyzje o wysokości stóp procentowych czasami głosuje za podwyżkami, a czasami za obniżkami stóp. Jeśli „podręcznikowi” decydenci różnią się w ocenach czy, i jak, zmieniać stopy procentowe, to przede wszystkim dlatego, że ich przewidywania, jaka będzie inflacja, się różnią. Lepsza polityka pieniężna to nie ta, która jest bardziej restrykcyjna, czy mniej, ale taka, która tak zmienia poziom restrykcyjności, by utrzymywać inflację blisko celu. Lepsza jest więc przede wszystkim ta, która opiera się na lepszych przewidywaniach.

Tak jest przynajmniej wtedy, gdy inflacja w okresie wyjściowym już jest na zadawalająco niskim poziomie. W okresie schodzenia z wysokiej inflacji koszty dezinflacji po stronie wzrostu gospodarczego są zawsze stosunkowo duże. Trudno jest z góry powiedzieć, co jest lepsze – szybkie obniżanie inflacji kosztem krótkotrwałych, ale głębszych strat we wzroście gospodarczym, czy też działania bardziej rozłożone w czasie, w przypadku których straty wzrostu w poszczególnych latach są mniejsze, ale liczba lat, w których ponosi się taką stratę, większa. W takiej sytuacji różnice preferencji jastrzębi i gołębi ujawniają się już na etapie decyzji o poziomie celu inflacyjnego. Wydaje się, że to właśnie z tego okresu pochodzi potoczne rozumienie terminów „jastrząb” i „gołąb”. Dziś jest już ono jednak anachronizmem, gdyż wtedy, gdy – jak to od kilku lat ma miejsce w Polsce - zarówno poziom inflacji, jak i oczekiwania inflacyjne utrzymują się na stosunkowo niskim poziomie, ten dylemat jest znacznie mniej ostry. Niekorzystne dla wzrostu są wszystkie silne odchylenia od celu – zarówno w górę, jak i w dół. Najkorzystniejsze dla wzrostu gospodarczego są więc takie decyzje, które zawczasu zapobiegają silnym odchyleniom inflacji od celu, a trafność oczekiwań jest ważniejsza niż bardziej jastrzębie, czy gołębie nastawienie członków Rady.

Głównym kanałem oddziaływania stóp procentowych na poziom inflacji jest kanał kredytowy. Wyższa lub niższa dynamika kredytu powoduje relatywnie (są też inne czynniki) szybszy lub wolniejszy wzrost popytu, a w ślad za tym PKB. Zakłada się, że istnieje coś, co się nazywa potencjalnym tempem wzrostu gospodarczego, co, z grubsza biorąc, jest takim tempem, które nie powoduje, ani wzrostu, ani spadku inflacji. Gdy PKB rośnie szybciej niż tempo potencjalne, inflacja rośnie, gdy wolniej – spada. Dlatego stabilizacja inflacji na poziomie bliskim celowi inflacyjnemu jest z reguły stabilizacją dynamiki PKB na poziomie bliskim tempu potencjalnemu – nie ma tu miejsca na bardziej jastrzębie, czy gołębie podejście. Dopiero gdy na skutek czynników niezależnych od Rady (albo jej wcześniejszych błędów) inflacja znacząco odchyla się od celu, pojawia się dylemat, jak silnie reagować i tu jest miejsce na jastrzębie lub gołębie preferencje. Jastrzębie będą skłonne szybciej obniżać inflację, gdy znajduje się powyżej celu, a gołębie szybciej ją podnosić, gdy spadła poniżej tego celu. Nawet jednak wtedy kluczowe znaczenie ma trafność przewidywań – zbyt ślamazarne działanie oznacza straty wzrostu gospodarczego spowodowane długotrwałymi odchyleniami od celu, zbyt gwałtowne – powodują, że inflacja szybko wraca do celu, ale się nie stabilizuje na jego poziomie, tylko silnie odchyla w drugą stronę. Dlatego nie ma sprzeczności między celem banku centralnego, jakim jest utrzymywanie niskiej inflacji, a jednym z głównych celów rządu, jakim jest utrzymywanie jak najwyższego długofalowego tempa wzrostu gospodarczego. Wynika stąd, między innymi, że zapis w ustawie o NBP, nakładający na nasz bank centralny obowiązek wspierania polityki rządu, o ile to nie zagraża realizacji celu inflacyjnego, nie jest wewnętrznie sprzeczny i służy zwiększeniu, a nie zmniejszeniu stabilności makroekonomicznej.

Oczywiście, jesteśmy tylko ludźmi, nasze przewidywania co do przyszłego rozwoju sytuacji gospodarczej w dużym stopniu opierają się na intuicji – nie dysponujemy niezawodnymi modelami prognostycznymi. Na te intuicje w pewnym stopniu wpływają nasze przekonania, co jest groźniejsze dla gospodarki – zbyt wysoka inflacja, czy niepotrzebnie silny spadek dynamiki PKB spowodowany zbyt restrykcyjną polityką pieniężną. Podział na jastrzębie i gołębie nie jest więc całkiem bezsensowny. W literaturze przedmiotu zwykle przyjmuje się, że każdy decydent stara się jednocześnie minimalizować odchylenie inflacji od celu i dynamiki PKB od tempa potencjalnego. W funkcji decyzyjnej każdemu z tych celów cząstkowych przypisuje się jakąś wagę. Posługując się takim opisem, za jastrzębi możemy uznać tych, którzy przypisują większą wagę do odchyleń inflacji, a za gołębi – tych, którzy preferują raczej minimalizację odchyleń tempa PKB. Ale, przynajmniej teoretycznie, jedni i drudzy robią to w imię maksymalizacji wzrostu gospodarczego w długim okresie. Sugestia Gadomskiego, że ci o bardziej gołębim nastawieniu są zawsze po prostu oportunistami chcącymi się przypodobać rządowi jest po prostu brzydką insynuacją, na dodatek bezsensowną ekonomicznie. Bo w kraju, który już osiągnął niską inflację, jej wzrost jest dla rządu równie niebezpieczny jak bardzo niskie tempo wzrostu gospodarczego.

Tak to wygląda w teorii. W praktyce poza celami oficjalnymi, każdy z nas może mieć swoje własne choć nie powinien, bo członkowie RPP to nie klub dyskusyjny, tylko funkcjonariusze państwowi mający obowiązki i uprawnienia określone przez prawo. Jednym z takich obowiązków jest realizacja corocznie uchwalanych założeń polityki pieniężnej, w których m.in. określa się cel inflacyjny. Prywatne cele mogą być nawet nie do końca uświadamiane. Wpływać na nie może presja środowiskowa: wydaje się, że na uczelniach nadal króluje, wywodzący się z okresu dezinflacji, etos „jastrzębia” bezkompromisowo walczącego z rządem o niską inflację. Mający silniejsze powiązania z rządem mogą z kolei być poddawani presji, by nie prowadzili zbyt restrykcyjnej polityki, co może sprzyjać zbyt gołębiemu nastawieniu. Banki i fundusze obligacyjne, z kolei, wolą raczej wyższe, niż niższe stopy procentowe, reszta biznesu sympatyzuje, na ogół, z gołębiami.

Swoją rolę odgrywa też dbałość o wizerunek (niechęć do przyznawania się do nawet najbardziej oczywistych błędów, niechęć do znaczniejszych jednorazowych zmian stóp, które mogłyby być odebrane jako działanie pod wpływem paniki), czy ogólne poglądy ekonomiczne (np. przekonanie, że zbyt tani pieniądz hamuje restrukturyzację gospodarki lub może powodować bańki spekulacyjne). Mogą to też być cele polityczne – chęć wsparcia lub zaszkodzenia rządowi. Listę takich partykularnych celów można ciągnąć w nieskończoność. W praktyce nie sposób jest ich zidentyfikować, gdyż zawsze indywidualne decyzje tłumaczone są poprzez oczekiwane skutki tych decyzji – chęć sprowadzenia inflacji do celu bez zbędnych kosztów ubocznych. Sami decydenci nie są w pełni świadomi wag, jakie podejmując decyzje intuicyjnie przypisują do inflacji, wzrostu gospodarczego i innych celów..

Dlatego nie tylko bankowcy – jak zauważa Gadomski - ale i ekonomiści badający politykę pieniężną „nie znoszą określeń „jastrząb i „gołąb””. Niestety, jak przyznaje Gadomski publicyści się tym nie przejmują (powinien napisać: niektórzy publicyści) i jastrzębiami określa tych, którzy w danym momencie głosują za wyższymi stopami, natomiast gołębie to ci, którzy akurat chcą stóp niższych. Zmiany przewidywanego poziomu inflacji powodują jednak, że często jedni i drudzy głosują tak samo, a czasem nie. Każdy „niby jastrząb” czasem chce obniżek, a każdy „niby gołąb” podwyżek. Dlatego Gadomskiego teoria ornitologiczna musi prowadzić do obrazu jakiegoś bezsensownego chaosu. I oczywiście najbardziej winni temu chaosowi są ci, którzy w różnych okresach najsilniej różnią się w swoich decyzjach. Gadomskiemu wyszło, że w obecnej RPP taką osobą  jestem ja.

Do opisanego przez Gadomskiego chaosu można jednak wprowadzić nieco porządku. Ex post, gdy już znamy poziom inflacji po upływie czasu opóźnionej reakcji, możemy często ocenić, czy dana decyzja była słuszna, czy była błędem, i z jakiego nastawienia wynikała – jastrzębiego, czy gołębiego. Proponuję, by w tym celu porównywać podejmowane decyzje z poziomem inflacji po 12 miesiącach, a także jej dynamiką w następnych 3 miesiącach. Jeśli inflacja w danym miesiącu jest powyżej celu i nadal rośnie, albo jest stabilna, zarówno jastrzębie, jak i gołębie powinny 12 miesięcy wcześniej głosować za podwyżkami stóp procentowych. Z kolei gdy inflacja jest poniżej celu i spada, albo jest stabilna, zarówno jastrzębie, jak i gołębie powinni 12 miesięcy wcześniej głosować za obniżkami stóp. Gdy inflacja jest w przedziale celu inflacyjnego i jest stabilna jedni i drudzy nie powinni zmieniać stóp procentowych. Jest jednak wiele sytuacji mniej oczywistych: gdy inflacja jest w celu, ale podąża w górę, lub w dół, albo jest poza celem, ale się do niego zbliża. W takich sytuacjach jest miejsce na jastrzębie lub gołębie nastawienie. Tabela 1. pokazuje jak, przy zakładanych przewidywaniach odnośnie poziomu i zmian inflacji w przyszłości, wygląda typowa reakcja decydentów w zależności od ich nastawienia.

Tabela 1.



Głosowanie za podwyżkami w wariancie 1 i 2 tabeli nie świadczy o nastawieniu jastrzębim – po prostu jest jedynym słusznym (T). Każde inne głosowanie w tych przypadkach oznacza błąd polegający na zbyt łagodnym nastawieniu, czyli o „błędzie gołębia” (BG). Podobnie, w przypadku wariantów 8 i 9 decyzje o obniżkach są neutralne i jedyne słuszne. Każda inna decyzja to „błąd jastrzębia” (BJ). W wariancie 5 głosowanie za podwyżka to BJ, za obniżką BG. W wariantach 3 i 4 głosowanie za obniżką to BG, inne głosowania świadczą o nastawieniu gołębim (NG) lub jastrzębim (NJ). W wariantach 6 i 7 głosowanie za podwyżką to BJ, inne świadczą o nastawieniu NG lub NJ. Głosowaniu każdego członka RPP w okresie styczeń 2010 – lipiec 2013 można przypisać jeden z symboli: T, NG, NJ, BG, BJ. 

Zbiorczą statystykę głosowań dla członków RPP (pominięto Gilowską i Osiatyńskiego) przedstawia tabela 2. Zamieszczono tam także saldo odpowiedzi dobrych i błędnych (T-BG-BJ). Oraz dominujące nastawienie obliczone w ten sposób, że dla danej osoby sumuje się wszystkie NG i pomnożone przez dwa BG. Ich suma to SG. W analogiczny sposób liczy się SJ, a dominujące nastawienia to różnica tych sum, niżej zapisana jako xN, gdzie x to wartość bezwzględna SJ-SG, a N to symbol bardziej dominującego nastawienia.


Tabela 2



Preferowane nastawienie członków RPP przedstawia następujący wykres:



 

Jak widać, większość członków RPP miała jednak nastawienie jastrzębie. Wyjątkiem jest Chojna-Duch i Belka, z tym, ze Prezes jest bardzo bliski nastawienia neutralnego. Obaj członkowie wskazani przez prezydenta Kaczyńskiego są wyraźnymi jastrzębiami, ale daleko im pod tym względem do Rzońcy i Winieckiego.

Gadomski twierdzi, że „…od listopada 2012 … „gołębie serca” mieli Elżbieta Chojna-Duch i Andrzej Bratkowski. Stanowisko tego ostatniego jest godne uwagi, gdyż jego poglądy ewoluowały od jastrzębich … do skrajnie gołębich.” Autor nie pisze dlaczego taka ewolucja jest godna uwagi, ale w świetle jego charakterystyki gołębi i jastrzębi wyraźnie sugeruje, że albo byłem niekompetentny, albo miałem jakieś ukryte cele, inne niż dbałość o stabilność pieniądza. Rzecz w tym, że jeśli na wyniki głosowań spojrzy się z uwzględnieniem jak powinno się w danej sytuacji głosować, to żadnej ewolucji nie było. Dwa razy moje głosowanie można uznać za gołębie. Pierwszy raz w listopadzie 2010, drugi raz w lipcu 2011, z tym, że w drugim przypadku gołębiami byli także Rzońca i Winiecki. Gołębiem bywałem więc tylko na początku kadencji. Potem głosowałem bądź jak jastrząb, bądź tak, jak powinien głosować każdy, kto rozumie na czym polega strategia bezpośredniego celu inflacyjnego i nie myli się w przewidywaniach przyszłej inflacji.

Wyraźną zmianę nastawienia od gołębiego do jastrzębiego, czego nie dostrzegł Gadomski, można natomiast zaobserwować w przypadku Glapińskiego i Kaźmierczaka. Ich problem polegał jednak na tym, że na początku kadencji, gdy ekonomicznie uzasadnione było podnoszenie stóp, obaj na ogół głosowali przeciwko podwyżkom, gdy natomiast w drugiej części kadencji uzasadnione były obniżki stóp, albo głosowali przeciwko nim, albo nawet za podwyżkami.

Powyższa wykres pokazuje saldo na pewno słusznych i na pewno błędnych decyzji poszczególnych członków RPP:



 

Wynika z niego, że nie ma podstaw do twierdzenia, że o trafności decyzji decyduje to, czy się jest jastrzębiem, czy gołębiem. Nie ma więc też żadnych podstaw do sugestii Gadomskiego, że jastrzębie troszczą się o długofalowy wzrost, a gołębie mają sobie za nic cel inflacyjny. Oczywiście, trafność decyzji jest w znacznym stopniu dziełem przypadku, bo decyzjom ekonomicznym zawsze towarzyszy duża niepewność. Nie należy więc z powyższego wykresu wyciągać zbyt daleko idących wniosków o kompetencjach członków RPP, ani posiadania przez nich jakichś dziwnych, ukrytych celów. Jednak pokazuje on niezbicie, że sugestie Gadomskiego jakobym głosował w sposób świadczący bądź o niekompetencji, bądź jakichś ukrytych celach, w empirycznych danych o wynikach głosowania nie znajdują żadnego uzasadnienia.

Dlatego uważam, że tekst Gadomskiego nie spełnia elementarnych wymagań rzetelności i bezstronności. Fakt, że został opublikowany obciąża nie tylko Gadomskiego, ale i redakcję Gazety Wyborczej – po prostu wstyd.